środa, 29 kwietnia 2015

Nieproszony gość

Cień powoli trawi moje ciało pogrążone we słowach. Kolejny samotny wieczór zawiśnie na szubienicy wspomnień. Tak miało być. Tak powinno być. Nagle słyszę pukanie do drzwi. Ktoś nachalny zrywa kaftany i nerwowo wali pięścią w drewniane wrota. Za pierwszym razem podniosłem tylko zdrętwiałą głowę do góry. Wzrok pośród mroku próbował chwycić kontury znanych mu przedmiotów. Jednak nawet ja nie potrafiłem zmusić rzeczywistości, aby ugięła się pod moją chorą wolą. Wróciłem szybko do książek.

Łomot przy drzwiach ponownie wyrwał mnie z błogiego stanu. Nieproszony gość był nerwowy, niecierpliwy i tak bardzo denerwujący. Zwróciłem oczy w kierunku niepokojących dźwięków. Ciało nabrzmiało od złości. Któż mógłby być tak bardzo zdesperowany i tak nietaktowny, aby o takiej porze drwić z mojego wyboru? Któż miał tupet, aby w ramionach ciemności pojawić się u progu mego domostwa?

Walenie nie ustępowało pomimo wyraźnej niechęci z mojej strony. No tak, nigdy nie szło po mojej myśli. Życie miało to do siebie, że cierpki ma smak. Gorycz pocałunku wielokrotnie przysłaniała niewystarczające i nieliczne promienie normalności. O ja szalony myśląc, że może tym razem splot wydarzeń odpuści zmęczonemu tułaczowi. Nigdy, zbyt dużo frajdy przynoszę nieznanym mędrcom swoimi porażkami.

Nie mając innego wyjścia podniosłem swe truchło. W krzyżu mnie zabolało. Kości zaskrzypiały jak stare, spróchniałe drzwi zapomniane przez czas. Mściwym krokiem ruszyłem w stronę obrzydliwego pukania do drzwi. Chwyciłem za klamkę, niespotykaną dotąd siłą zmusiłem ją, aby poddała się grawitacji. Wtedy też osoba po drugiej stronie szkarłatnego drewna wstrzymała ruch. Jakby wiedziała, że i tak już decyzja została podjęta. Miała rację i tak otworzę te drzwi, które były starsze nawet ode mnie.

Na progu stała ona. No tak, tylko ona mogłaby mieć na tyle odwagi, na tyle nierozwagi, aby zajrzeć do mnie, gdy cienie zakryły słoneczną obłudę. Puste spojrzenie, popękane usta, czarne jak smoła włosy w nieładzie. Tak, to była sama Śmierć. Nie przypominała kostuchy z fałszywych baśni. Była sobą - zimną, nieposkromioną zmorą, która tak po prostu uwielbiała dyskutować ze mną. Nie tym razem drogi czytelniku, nie tym razem. Wiedziałem, że nie przyszła po mnie. Tylko do mnie. Więc rozczarowany usiadłem z nią przy kominku, aby raz jeszcze pochłonęła mnie dyskusja o nieszczęśliwym życiu. I znów pozostaje czekanie aż w końcu zjawi się w innym celu. Kiedyś na pewno.