niedziela, 2 listopada 2014

Dosięgnąć nieba

Historia ta krótka, lecz wstrząsająca. Nie zapamiętana przez wielu, gardzona przez garstkę. W pewnej wiosce, której nazwę pochłonął czas wydarzyła się ta osobliwa przypowieść. Nic nie zwiastowało zakończenia. Był sobotni poranek jakich pełno w kalendarzu. Świat nie wzruszył nawet ramionami. W końcu jak gigant może zauważyć na swej drodze parę owadów? Ktoś zapukał do drzwi i nastała cisza. Lecz aby zrozumieć gorzki smak tej sytuacji trzeba cofnąć się o kilka dni.

Tobias, dziewięcioletni nieśmiały chłopak z biednej rodziny przesiadywał jak zawsze o tej porze dnia na wzgórzu wpatrując się w horyzont nierównych dachów. Był wyobcowany, niewiele mówił. Mógłbym go opisać jako wyklęty duch zawsze okryty cieniem. Nawet własna rodzina w tym matka, ojciec i starsza siostra niewiele czasu poświęcała chłopcu. Był jak czarodziej, który tylko siłą swej wyobraźni mógłby wyciągnąć królika z kapelusza.

Miała to być zwyczajna, wręcz rutynowa podróż po niekończącej się krainie marzeń. Tak to miało wyglądać. Jednak w tej całej, na pozór nudnej harmonii pojawił się niczym kamień rzucony na spokojną taflę jeziora gość. Wpierw fale były niewielkie, ledwo można było dostrzec drgania wody. Pamiętajmy, że siłą jest cierpliwość, bo z czasem nawet te małe wahania potrafią przybrać postać wielkiego tsunami i nawet wyobraźnia dziecka może ugiąć się pod naporem pasji.

Starszy mężczyzna, który już wiele w życiu przeszedł sądząc po rysach na marmurowej twarzy przysiadł się do naszego małego bohatera. W pierwszej chwili Tobias chciał uciec jak najdalej od pokrytego siwizną faceta. I chociaż nie wyzbył się strachu to uśmiech tajemniczego gościa spowodował, że młode ciało zostało. Intrygujący chochlik niszczący kotarę rutyny ukłonił się oddając swemu rozmówcy należny mu hołd. Rozbawiło to chłopca i prawdę mówiąc również i mnie, narratora.

Wytłumaczył towarzyszowi, że za młodu również na tym wzgórzu spędzał większość wolnego czasu. Musiał niestety wyjechać za chlebem, miłością i nowym sposobem życia, lecz nigdy nie zapomniał o tym miejscu. Zatem, gdy nadarzyła się sposobność postanowił wrócić, by spędzić ostatnie lata właśnie tutaj. Umiał opowiadać, był bardzo przekonujący i można było usłyszeć w jego głosie wyraźne nuty pasji i rozkoszy. Oj tak, nie żałował niczego w swoim życiu.

Mówił o niewiarygodnych rzeczach. Chwycił za serce chłopca niemalże dosłownie i uniósł go nad ziemią tak wysoko, że zapaliły się iskierki w jego oczach. Na pytanie co trzeba uczynić, aby spełnić marzenia starzec dwuznacznie odpowiedział: „wystarczy się chwycić niebios, a wszystko będzie możliwe”.

I ta nowo powstała przyjaźń trwała kilka dni. Zawsze o tej samej porze kolejnego dnia spotykali się na wzgórzu. Jednak w piątek coś się wydarzyło. Mędrzec nie pojawił się. Chłopiec w pierwszej chwili pomyślał, że zrobił coś złego. Może powiedział o jedno słowo za dużo? Może za mocno się przytulił? Jednak prawda okazała się zbyt trywialna, zbyt życiowa.

Tobias dostrzegł białą flagę zawieszoną na jednym z domków. Nie raz i nie dwa starzec pokazywał gdzie mieszka i właśnie w tym miejscu zauważył śmierć. Dosłownie. Pamiętać trzeba, że w zwyczaju mieszkańców było zawieszanie białej flagi na znak, że domownik odszedł do Podziemi. Łzy wypełniły kąciku oczu. Nie krzyknął wyrażając swój ból. Wiedział, że nikt go nie wysłucha. Znów został sam wraz z dwuznaczną odpowiedzią: „wystarczy się chwycić niebios, a wszystko będzie możliwe”.

Serce przepełnione rozpaczą podpowiedziało złowrogi plan. I chłopiec zaczął budować. Chciał raz, chociaż raz poczuć się wolny. Przepełniony pasją znów był magiem, by na końcu drogi zbudować skrzydła i unieść się w niebiosa jak to w zwyczaju robią ptaki.

I tutaj dochodzimy do początku tej historii. Był sobotni poranek jakich wiele w kalendarzu. Ojciec przy stole czytał gazetę i zaciskał zęby. Matka z córką kłóciły się, że znów nastolatka wróciła późno w nocy z imprezy. Nikt w tym chaosie nie zauważył jednego szczegółu – w małym pokoju brakowało chłopca. I w tej atmosferze ktoś zapukał do drzwi.

Może to szósty zmysł kobiecy, a może na jedną chwilę matczyny instynkt się włączył, ale przepełniona gniewem matka natychmiast zaprzestała sporu. Niepewnym, chwiejnym krokiem podeszła do drzwi. Gdy otworzyła je ujrzała naprzeciwko siebie dwóch mężczyzn. Chociaż nie mieli na sobie skórzanych zbroi rozpoznała ich po twarzach. Byli to strażnicy, którzy pilnują porządku w miasteczku.

Kilka słów sprawiło, że upuściła talerz z dłoni. Porcelana rozbiła się o nierówną podłogę i huk wdarł się do serc domowników. Ojciec z namalowanym strachem w oczach spojrzał na swoją żonę. Stała w bezruchu jakby obłąkana w dziwacznej pozie. Córka też wyczuła grozę sytuacji. Usiadła na krześle pełne niemocy. Nareszcie w tym domu po wielu latach nastała cisza. Niestety, aby jęki ucichły niekiedy potrzeba największej ofiary.

Nikt z nich nie zauważył, że brakuje Tobiasa. Nikt nie potrafił dostrzec ducha hasającego po mieszkaniu aż do dnia wczorajszego, gdy spróbował dosięgnąć niebios, by spełnić swoje największe marzenie. Pragnął tylko jednego, aby jego rodzina przestała się kłócić. By błoga cisza wypełniła ich dom. I w pewnym sensie starzec miał rację, wystarczy chwycić się niebios, a wszystko będzie możliwe.