piątek, 12 lipca 2013

Obłęd

Dla niektórych to będą cierpkie słowa spływające z moich ust jak jad. Od zawsze byłem sam. Pomimo kręcących się wokół mnie ludzi żadnego z nich nie mogę nazwać bratnią duszą. Niezrozumiały, samotny. To ja! Niespełniony mistrz, artysta pogardy, z martwym spojrzeniem i z wilgotnym od zapomnienia uśmiechem. Tańczę z mrokiem na granicy obłędu. Harmonia chaosu tworzy spektakl oczekiwania. Niektórzy ludzie czekają na początek weekendu, jeszcze inni czekają na wypłatę pod koniec miesiąca, a ja czekam całe życie na szczęście pośród biedoty.

Jestem czarodziejem słów krytykowany przez natchnienie, mężny człowiek opierający się zgniliźnie z mocnym kręgosłupem moralnym. Jam prawość, dobro i huragan zmysłów! Tworzę światy bez granic ze słów. Magia mym piórem. Ciemność pochłania mnie z każdym biciem serca. Jestem potęgą, zarazą, nienawiścią i wrogiem waszego świata. Chcę niszczyć, chcę ognia, by pożerał grzechy. Chcę sprawiedliwości, by ucinała głowy tym, którzy zbaczają z jej drogi. Zagłada, apokalipsa, armagedon moim braćmi.

Bez wiary na karku wędruję po mrocznych wiekach, gdzie ulicami bezmyślne posągi odbijają się od niewidzialnych ścian. Szept mym głosem, sumieniem co snuje się jak przybłęda pod nogami pana swego. Zwą mnie magiem, nekromantą prawości, zemstą przedwiośnia, bogactwem ubogich. Słowa jak w chorobie puchną i czerwienieją. Zgrzytają zębami ze strachu. Los jak widmo upadłego świata, waszego świata przylega do mnie jak cień w jasne popołudnie. Zwiastuje koniec, pożogę, ból i cierpienie. Umysł płata figle, sens jak wizja rozmywa się w trującej chmurze niedopowiedzeń. Znikam, zanikam w eterze myśli płochych. Rozwijam skrzydła i upadam na dno. Echo, zostaje tylko echo mego szaleństwa. Koniec końców, zostaje zawsze sam, sam, sam...