piątek, 5 lipca 2013

I nie było już nikogo: Nymphyz

Gdy kurz opadł z pierwszego wstrząsu jakby cała posiadłość miała spaść bohaterom na głowę, ujrzeli sztywne ciało Madaka. Zrozumieli w tym momencie, że stawka tej gry jest większa niż się spodziewali. Nawet Nymphyz, płatny zabójca poczuł lekki dotyk bryzy niepewności. Doskonały kameleon starający odnaleźć się w każdej sytuacji oznajmił wszystkim, że zabójca jest wśród nich. Nie istnieje ktoś taki jak gospodarz, który rzekomo jeszcze się nie zjawił na tragicznym przyjęciu.

Pomimo swojej profesji był człowiekiem nieśmiałym, chociaż jak wielu twierdziło jego głos był charyzmatyczny i bardzo charakterystyczny. Potrafił uwodzić zmysły i wykorzystywać to do własnych celów, by uśmiercać tych złych. Kierował się bowiem zasadą, że zapraszać ludzi na tamten świat wypada tylko wtedy, gdy ich intencje były zgubne dla reszty świata. Przy tym dobrze się maskował. Żaden z nowych towarzyszy udręki nie znał historii jego życia.

Jego celem, do którego dążył było to, aby ludzie po jego śmierci nie zapomnieli tajemniczego asasyna. Bał się tego uczucia, że wraz z nadejściem końca cały świat wymaże go z pamięci po dniach żałoby. To była jego motywacja i zarazem siła.

Z jego trybem życia wiązało się to, że posiadał niewielu przyjaciół, lecz takich, na których mógł liczyć. Tym razem nie mógł skorzystać z ich pomocy. Doskonale wiedział, że on i pozostałych dwunastu ludzi coś łączy i są zdani tylko na siebie. Krążył swoim wzrokiem jak sęp w poszukiwaniu padliny pomiędzy wystraszone twarze nekromantów, wojowników. Szukał czegoś co zdradzi zabójcę. Wiedział jak działa ten zawód, wiedział, że to on ma największe szanse na wyłapanie tego jednego szczegółu.

Spojrzał na jednego człowieka w oddali. Błysk w oczach zdradził emocje skrywane pod pokerową twarzą. Pytał sam siebie, optymistę, który uważał, że gildie budują ludzie i tylko od nich zależy tak naprawdę przyszłość każdej większej struktury ludzi, co ten człowiek w oddali, którego wypatrzył ma za cel. Zdradzę wam jednak, że nie zdoła nasz nieszczęśliwy skrytobójca rozwiązać tę zagadkę.

Gdy wyszedł na zewnątrz pomyśleć i zinterpretować własnym umysłem znaki jakie dostrzegł w pewnej osobie stało się coś niespodziewanego. Pozostali, którzy zdecydowali się zostać w pomieszczeniu i zastanowić się nad sytuacją, której szczerze nie zazdroszczę, usłyszeli huk. Przez okna przysłonięte w połowie firankami ujrzeli jak Nymphyz biega oszalały w czarnych płomieniach.

Nie ważne z jakiego wymiaru pochodzisz, każdy zna ten ogień. Nie da się go ugasić, pali się gniewam szatańskim aż pochłonie swoją ofiarę. Pytanie brzmi jak to się stało, że człowiek-zabójca, który od czasu do czasu marzył o średniowiecznej przygodzie rycerza bądź też karierze aktora teatralnego nie zauważył pułapki, która była przeznaczona właśnie dla niego.

Odpowiedź jest prosta. W jego wymiarze istnieje sport przyciągający tłumy zwany piłką nożną. I w ogrodzie leżała piłka do gry. Zestresowany chciał kopnąć ją i przypomnieć swoje młodzieńcze lata, gdy nie tylko kibicował swoim ukochanym drużynom, lecz wtedy magiczny mechanizm włączył się i wyzwolił potężne zaklęcie wiecznego ognia. Umarł w męczarniach choć sam starał się zabijać szybko i bezboleśnie.

I chociaż odszedł asasyn to miał racje. Zabójca jest wśród nich, tylko który z tajemniczych gości tylko udaje wstrząśniętego? Na to pytanie wam dziś nie odpowiem, więc cierpliwości. Poza tym kolejna ze stołu zniknęła figurka, która w śmiertelnej symfonii ciszy oznajmiała wszystkim, że zostało ich dwunastu, a śmierć nie skończyła jeszcze żniw...