poniedziałek, 27 maja 2013

Wywiad dla portalu nastek.pl

Pogoda ponownie płata nam figle, a to wcale nie zachęca do kreatywności i aktywnego działania, ale może przypadek Mariusza Walczaka, który bez pomocy wielkiego wydawnictwa, własnymi siłami wydał książkę, zainspiruje Was w końcu do tego, aby wziąć życie w swoje ręce?
Jak doszło do powstania trylogii Michaela Knighta, jaki tatuaż na ramieniu posiada autor powieści, jakie jest jego życiowe motto? Odpowiedzi na te i inne pytania znajdziecie w poniższym wywiadzie, który jest doskonałą lekturą podczas zimnych i deszczowych wieczorów!

Darja: Dziś miała miejsce elektroniczna premiera drugiej części Twojej trylogii. Na wersję papierową będziemy musieli jeszcze trochę poczekać. Jakie uczucia Ci dziś towarzyszły?
Mariusz Walczak: Na pewno satysfakcja. Już wydanie pierwszej części było dla znajomych wielkim zaskoczeniem. Teraz tylko potwierdziłem swoje ambicję i to, że chcę iść w kierunku pisarstwa i rozwijać pasję, w której dobrze się czuję. Można też powiedzieć, że czuję ulgę, bo jednak pisanie książki nie jest takie proste. Niekiedy wręcz męczące. Dodałbym jednak, że i tak cholernie przyjemne.

A jak Twoja rodzina i Twoi znajomi zareagowali na wiadomość o publikacji historii Michaela? Czy przeczytali książkę? Jakie były ich wrażenia?             
Jeśli mam być szczery, to określiłbym je jako skrajne emocje ze względu na to, że część rodziny nie lubuje się w książkach. Dla nich to takie czary-mary. Znajomi przyjęli to zaskakująco dobrze i to oni mnie po części zmobilizowali, abym pisał dalej, co w konsekwencji dało drugą część Michaela, z której jestem nawet bardziej zadowolony niż z pierwszej książki.   
        

Zatem czy jest coś, co teraz zmieniłbyś w I części?        
Tak, jednak wychodzę z założenia, że lepsze jest wrogiem dobrego. Więc na siłę bym nic nie zmieniał.
Powiedzmy, że mniej udane sceny są jakby lekcją na przyszłość, co, mam nadzieję , widać w drugiej części. 

Tego zapewne dowiesz się już niedługo od czytelników. A czy po premierze I części dostawałeś jakiekolwiek wiadomości od tych, którzy przeczytali książkę? Z jakimi opiniami się spotkałeś?  
Właśnie te opinie mnie zmotywowały, aby dalej pisać. Byłem naprawdę bardzo zaskoczony tym, jak wiele osób napisało do mnie, że książka się podoba, a fabuła wciąga. Poczułem taki wiatr w żagle, że jednak potrafię kogoś zaciekawić!

Z pewnością to dodało Ci skrzydeł! Jednak wiele osób zapewne ciekawi, jak udało Ci się wydać książkę? Sporo nastolatków (i nie tylko) marzy o tym, aby ujrzeć swoje dzieło w tradycyjnej papierowej formie, ale nie każdemu jest to dane.   
Tu jest taka plama, bo wybrałem mniej honorową (tak się chyba przyjęło) możliwość. Zdecydowałem się po prostu sam ją wydać. Self-publishing. I tak powstał e-book, który wstawiłem do internetowej księgarni. Tam sobie kwitł. I wtedy znajomi stwierdzili, że można pokusić się o druk w tej samej księgarni. Zobaczyłem ceny, ustaliłem z nimi możliwość druku i dalej poszło już dobrze. Co ciekawe – więcej osób kupiło książkę w tradycyjnej wersji!

Czemu mniej honorową? Sądzę, że po prostu pokazałeś, jak bardzo Ci na tym zależy i spróbowałeś każdej możliwości. Przecież o to chodzi – aby się nie poddawać w dążeniu do celu i spełniać swoje marzenia pomimo wielu przeszkód, prawda?             
Masz rację. W sumie też spróbowałem tego sposobu, aby zobaczyć, jak to jest samemu. Bez żadnej pomocy czy presji przy kolejnych książkach. Dla mnie jest to taka sama satysfakcja, a może i nawet większa, w końcu sam musiałem załatwić pewne formalności jak przy umowie z jakimś wydawnictwem.             

Właśnie! I nareszcie nadszedł dzień publikacji I części, a potem dzień wydruku w formie papierowej. Co czułeś, gdy pierwszy raz wziąłeś swoją książkę do ręki?
Dosłowna eksplozja pozytywnych emocji! Poczułem, że rosną mi skrzydła, a ja sam zaczynam się unosić. Bardzo pozytywna chwila, którą zapamiętam, bez żadnej przesady, do końca życia. W końcu Michael był pierwszy w moim, mam nadzieję, ciągle rozrastającym się dorobku literackim.

Zatem jakie są Twoje dalsze plany? Czy rozpocząłeś już pisanie III części? Kiedy można się jej spodziewać? A może tworzysz coś jeszcze poza kolejnymi przygodami Knighta?       
Planów mam mnóstwo. Więc może tak od początku. Pod koniec roku, na przełomie listopada i grudnia powinna się ukazać trzecia i ostatnia część Michaela. Nie ukrywałem od początku, że to ma być trylogia. Nic więcej, nic mniej, jeśli chodzi o prywatnego detektywa. Potem zabieram się za chyba jeszcze większy projekt niż historia pana Knighta, którą już dwukrotnie przekładałem, więc mogę zdradzić, że po detektywie zabiorę się za własne uniwersum fantasy, ale w przyszłości nie zapomnę o thrillerach.

Fantasy, thriller… Czy po takie gatunki też sięgasz prywatnie?
Zdecydowanie. Uwielbiam mroczne klimaty, dające czytelnikowi szansę na rozmyślanie i też tak staram się pisać, by przekazać coś wartościowego, a zarazem ciekawie podanego.
Jeśli mogę rzucić parę nazwisk - uwielbiam Edgara Allana Poe, który dla mnie osobiście jest największym mistrzem pióra, chociaż moją ulubioną książką pozostaje nieprzerwanie Ziemiomorze: Najdalszy brzeg Ursuli Le Guen.

Wracając jednak do Twojej twórczości - kim jest Michael? Jak scharakteryzowałbyś tego bohatera, próbując przedstawić go tym, którzy jeszcze nie sięgnęli po książkę?
Jeśli mogę być dosadny, to Michael jest cynicznym, ordynarnym skurwysynem, który próbuje przeżyć w ciężkich czasach, trzymając się jednak pewnych swoich ustalonych zasad. Z biegiem fabuły ten wizerunek trochę się odkształca, ale pewien schemat pozostaje taki sam. Mógłbym powiedzieć, że Knight to taka postać, która próbuje odzwierciedlić człowieka, który w swoim życiu przeszedł niejedno. Jest wulgarny, zna realia świata, w którym się znajduje, i próbuje, jak wcześniej wspomniałem, po prostu przeżyć.

Jest więc bardzo wyrazistą postacią. Tak samo jak pierwsze zdanie opisu książki: : "Skurwiel jest w każdym z nas", które, nie ukrywam, zainteresowało mnie na tyle, aby przeprowadzić z Tobą wywiad, więc muszę zadać Ci pytanie związane z tymi słowami. Czy naprawdę tak uważasz? Czy sądzisz, że nie ma ludzi bezwarunkowo dobrych? I jak ten skurwiel przejawia się u Ciebie?
Nie zacytuję Ci tego dosłownie, ale czytałem kiedyś, że każdy z nas ma własnego, mrocznego pasażera. Powiedziałbym, że to taka moja odpowiedź i potwierdzenie. Uważam, że każdy człowiek skrywa w sobie zło, z którym musi się zmierzyć. Postawiony pod ścianą zrobi wszystko, aby przetrwać. Stanie się bestią, by osiągnąć cel. Chciałem też pokazać, że taka bestia nie jest do końca zła. To taki miks zagubienia, bezradności i bezsilności w sytuacji, w której każdy z nas może się znaleźć. Przyznam się szczerze, że nie wiem, jak bym się zachował, gdyby od tego zależało moje życie. Jednak patrząc na Michaela, każdy czyn niesie ze sobą konsekwencje. 

II część trylogii charakteryzujesz słowami: „Opowieść bardziej psychodeliczna, opowiadająca o szaleństwie, obłędzie i wszech panującym szepcie, bo przeklęte słowa potrafią niszczyć skuteczniej niż wystrzelony pocisk”.  Jest to bardzo pesymistyczny i mroczny opis. Czy taki jesteś też Ty? Czy może nie brakuje Ci optymizmu?
Jak już wspomniałem lubię mroczne klimaty, ponieważ odnajduję się w nich idealnie. Nie jestem może w 100% pesymistą, ale potrafię dostrzec zło w ludziach. Rzekłbym, że bliżej mi do mocno stąpającego po ziemi realisty niż optymisty. Zdaję sobie z tego też sprawę, że czuć ten powiew ciemności w mojej twórczości. Jednak staram się przedstawić czytelnikom, że nie wszystko jest takie jak w bajkach, dając jednocześnie symboliczny płomyk nadziei na lepsze jutro, bo sam wiem, że nie wszystko jest takie złe, jak na pierwszy rzut oka wygląda.

Wyczytałam, że posiadasz tatuaż na ramieniu. Co on przedstawia? I co spowodowało, że go zrobiłeś? Planujesz kolejne?
Staram się spełniać marzenia, co widać po publikacjach książek, ale mam też te trochę mniejsze i mniej ambitne, takie jak tatuaż. Powód był iście prostacki, bo tatuaż symbolizuje nietoperza, który widnieje na herbie klubowym hiszpańskiej drużyny piłki nożnej Valencia CF. Jednak ma też ukryte znaczenie, bo jak by mógł nie mieć. Jego wygląd, szczególnie mordka, jest przezabawny, a jak wiemy ludziom nietoperze kojarzą się z mrokiem.
I symboliką tego tatuażu, tego drugiego dna, jest właśnie promyk nadziei ukryty gdzieś tam w oddali na czarnej płachcie nieba. I tak, planuję jeszcze jeden tatuaż, bardziej poważny. Z moim mottem życiowym, abym w każdej chwili mógł na niego spojrzeć i iść dalej do przodu, realizując kolejne marzenia.

Czyżby tym mottem było: Keelah se'lai?           
Dokładnie tak! Tłumaczenie tego zwrotu na angielski brzmi „by the homeworld I hope to see someday”. Jest to kwestia zapożyczona z serii gier Mass Effect, ale jak dla mnie znaczenie tego jest naprawdę bardzo trafne. W grze odnosiło się to do układu planetarnego, ale dla mnie znaczy o wiele więcej. Chciałbym kiedyś zobaczyć swój świat, swoje życie takim, jakim chcę, aby było. Więc musze brnąć do przodu i spełniać marzenia oraz po części stworzyć ten świat, który mam nadzieję kiedyś zobaczyć.        

I mam nadzieję, że Ci się to uda. A czego jeszcze mogę Ci życzyć? Wielu czytelników, weny…?            
Chyba przede wszystkim miłości, bo tego mi w życiu brakuje. Z resztą powinienem sobie poradzić, bo jeśli będę dobrze pisał i zaciekawię ludzi, to sami będą sięgać po moje książki. A nigdy nie ukrywałem też, że największe szczęście to posiadać drugą osobę, dla której jest się po prostu ważnym.

Zatem tego właśnie Ci życzę. Wszystkiego dobrego! Dziękuję za rozmowę.
I ja również dziękuję za rozmowę. I życzę Tobie i czytelnikom wszystkiego dobrego w życiu.

**********
---> link do wywiadu (nastek.pl) <---