sobota, 2 marca 2013

Kolejne wyzwanie

W ostatnich tygodniach postanowiłem wziąć siebie za ryj i mocno poszturchać, by wyprostować siebie i własne ciało. Nie, to nie oznacza, że świat stanie się piękniejszy. Nadal będzie obrzydłym tworem pełnego korupcji, kłamstwa i wszelkiego innego zła, o którym wspomnę od czasu do czasu. Jednak nie dziś.

Lubię coś oficjalnie powiedzieć, rzucić słowa na wiatr, by zaskoczyć wszystkich ukończeniem projektu. To dotyczy i książki i innych szalonych pomysłów, które rodzą się w mojej głowie i nie znikają dopóki ich nie zrealizuje.

Może nie bez powodu jedna osoba nazywa mnie świrem. Coś w tym jest. Nie lubię tworzyć scenariusz, którego nie potrafię zrealizować. Wykopać basen? Nie ma sprawy, załatwione! Pojechać do obcej (bo nigdy w życiu nie widziałem na żywo) osoby i spędzić wakacje w jej domu? Odhaczone! Wiele było takich sytuacji, jedne głupie, drugie głupsze, ale to po części moja natura. Lubię podświadomie chyba przeciwieństwa. Z jednej strony nieśmiały, zamknięty w sobie człowiek w depresji piszący kolejne wersy w swojej nieudolnej symfonii życia, a z drugiej świr spełniający swe pragnienia.

I tutaj dochodzimy do konkluzji. Dwa tygodnie temu rozpocząłem dietę, która przyniosła umiarkowane efekty (3-3.5kg mniej). Jednak to mi nie wystarczyło. Więc znalazłem sobie wyzwanie, które dla ciała będzie metaforycznym Mount Everestem, być może nawet marsjańskim Mount Olympus. Postanowiłem przeobrazić się z komputerowego (z wyglądu) geeka na dbającego o zdrowie amatorskiego sportowca przy pomocy p90x!

Pewnie rzucił bym to w cholerę po dwóch-trzech dniach gdybym właśnie nie zrobił tego co przed chwilą dokonałem. Ogłosiłem to światu. Echo braku zainteresowania mnie nie zraża, ważne jest dla mnie to, że od tej chwili to sprawa honorowa. Zmienić przyzwyczajenia, wprowadzić odpowiednią dietę, ćwiczyć wytrwale, bo nie tylko umysł potrzebuje kilkunastu żmudnych ćwiczeń przy opracowywaniu kolejnych książek (w sumie druga część Michaela w toku), ale również ciało. Jak powiada stara maksyma; w zdrowym ciele, zdrowy duch! Więc trzymajcie za mnie kciuki, bo od poniedziałku startuję, może nie z przytupem, bo asertywnie wprowadzam "recovery week", by obudzić ciało z letargu. I jakby rzekł mój pierwszy wykreowany bohater; ciemność nadchodzi!