środa, 12 grudnia 2012

Po drugiej stronie

Codziennie rano natrętne promienie słońca zmuszają moje wiecznie zmęczone ciało do reakcji i wyzwolenia się z niewolniczych kajdan snu. Biję się w pierś trzykrotnie, by raz jeszcze zniewolić pustkę w środku i niczym profesjonalny zabójca wtopić się w tłum ludzi, których coraz częściej nienawidzę. Nie pamiętam dnia, w którym bym widział zarys słońca. Ta fatamorgana drwi ze mnie i z resztek sił pozostawionych na spalonej ziemi.

Snuję się od świtu do zmierzchu unikając niepotrzebnych okoliczności tłamsząc wewnątrz negatywne uczucia chcące wydrzeć się po przez łzy na świat zewnętrzny. Doskonale żongluje milionami skrzętnie przygotowanymi maskami na każdą ewentualną sytuację. Uśmiecham się, żartuję, słucham, rozmawiam i pomagam w pracy, ale wewnątrz smętne echo wędruje przez opustoszały las zapomniany przez świetliki.

Pomimo wielokrotnych prób, heroicznych walk słońce zza chmur nie wyszło. Ciągle gdzieś wyczytuje bękarcie słowa pokryte solidną dawką naiwności; aby być szczęśliwym trzeba uwierzyć w szczęście, nie wolno narzekać tylko walczyć; wiara czyni cuda. Tylko ja... straciłem wiarę, bo nigdy nie ujrzałem szczęścia, poddałem się, bo każda kolejna przegrana walka porzucała mnie w coraz głębszym dole samotności i niezrozumienia. Nie każdy człowiek rodzi się pod szczęśliwą gwiazdą. Nie każdy człowiek jest bohaterem własnego życia.

Dziś mogę powiedzieć jedno. Już dawno umarł mag co po radosnej stronie pomimo wszelkich przeciwności chodził wraz ze swoją przyboczną armią słów. Byłem zbyt silny, a teraz odpokutuje bezpodstawne lata optymizmu tylko gdzieniegdzie przeplatane zwątpieniem. Dziś jestem pewien. Straciłem wiarę w lepsze jutro i po raz kolejny nie zamierzam próbować tego zmienić. Za dużo sił i nerwów kosztuje to baśniowe wyrzeczenie. Po drugiej stronie maski jestem na chwilę obecną martwy...