poniedziałek, 19 listopada 2012

Carpe diem

Otwieram oczy przy akompaniamencie zmarnowanych idei. Skowyt litościwych porażek pobudza moje leniwe ciało do wypełznięcia z trumny. Zieleń od czasu do czasu przyozdobiona rdzą i tymczasowo zmieniająca barwę na szarą okraszoną słoneczną rosą drwi z moich zaspanych zmysłów. Chaotyczna dżungla na twarzy rzuca na kolana estetykę w lustrze. Ponure, matowe spojrzenie okłada biczem ledwo zipiącą samoocenę, które od wielu miesięcy kurczy się w logarytmicznym tańcu zagłady. Para z ust rysuje apokaliptyczne przesłanie na zwierciadle.

Po minutach goryczy biorę do ręki pusty kubek romantyka i wzdycham oczekując gorącego naparu przysłodzonego milionami słów krążących wokół mojej, spuszczonej głowy. Małe świetliki zmuszają moją osobowość do przetrwania kolejnej dekady szarości. Oddycham ciężko, z niebywałą niechęcią i nienawiścią do wszystkiego przeplataną pustym korytarzem wspomnień. Skrzypiące echo spisuje symfonię czarnej otchłani, do której mimowolnie podążam z każdym biciem mojego truchła.

Zamykam na chwilę swoje powieki i drżę poszukując w pamięci szczęśliwych dni. Suche łzy pustyni niepokojąco tną policzki jak sadystyczne żyletki. Wyposzczony w samotności budzę się ze snu. Po ponownym otwarciu autodestrukcyjnych brylantów uświadamiam sobie, że kolejny dzień minął bezpowrotnie. Prysnął jak bańka mydlana odrzucona przez dziecięcy uśmiech gdzieś na skraju podwórka. I tak trwa mój carpe diem niczym klątwa starej jędzy, która wieków temu zachłysnęła się mocą jakże pięknych niegdyś oczu i uświadomiona, że wyjątkowość płynie nie z jej ciała ukarała wybrańca. Po wieki wieków.