niedziela, 16 września 2012

Przepowiednia

Do wielkiej hali produkcyjnej wypełnionej po brzegi nic nieznaczącymi pracownikami i stosami produktów wszedł pomimo protestów ochroniarzy mężczyzna. Długi, czarny płaszcz i kowbojski kapelusz z wyhaftowanym orłem na przodzie tworzyły mistyczną otoczkę. Jego każdy ruch był precyzyjny i pewny siebie. W powolnym chodzie nie przeszkadzali mu nawet wzburzeni pracownicy strzegący bezpieczeństwa firmy. Jakby był oderwany od całej tej otoczki skierowanej na idiotyczną hierarchię.

Minął pierwsze dwie taśmy produkcyjne ściągając na siebie uwagę zdziwionych szaraczków. Ciągle spoglądając na betonowe wykończenie ziemi posuwał się do przodu. Zachowywał się tak jakby znał swój cel przeznaczenia. Zanim jednak osiągnął zaplanowany, końcowy punkt w tajemniczym planie na jego drodze stanęli wnerwieni ochroniarze, którzy tym razem nie żartowali. Wyciągnęli pałki i pogrążeni w niekłamanej nienawiści postawili ultimatum. Mężczyzna jednym ruchem dłoni odrzucił przeszkody na bok, tym samym wszystkie oczy na hali skierowały się w jego stronę.

Wszystkie? Nie. Jeden z pracowników na co dzień ociągający się w swojej pracy i marudzący o niesprawiedliwości płacowej tego świata nie odłożył swej paczki. Jako jedyny witał nieproszonego gościa swoimi niewzruszonymi plecami napiętymi przez ciężar ładunku w swych dłoniach. Pozostali ludzie w popłochu stanęli koło ścian i utworzyli prowizoryczną arenę. Istota podeszła bliżej ignorującego go pracownika. W końcu zza kapelusza wyjrzało pełne magicznych płomieni spojrzenie. Wtedy niski, dobrze wpadający w ucho głos wypełnił pomieszczenie.

- Odwróć się i spójrz na mnie.
- Po co? - rzekł pracownik odkładając paczkę na stole.
- Żebym wiedział, że mnie słuchasz. - odparł bez emocji pierwszy z rozmówców
- Ależ słucham ciebie. - tłum w ciszy przyglądał się rozwijającej się rozmowie. Znali jednego z nich. Ich kolega w  pracy. Nieśmiały, chodzący własnymi ścieżkami, przestraszony i niepewny siebie. Nie potrafili się nadziwić metamorfozie jaką przeszedł po wejściu tajemniczego mężczyzny o paranormalnych zdolnościach.
-Więc wytłumacz mi dlaczego?! - rzekł z żalem - Jego jedyny na tej planecie masz idealną duszę. Perfekcyjną. Miałeś być... - westchnął ciężko - wybawicielem ludzkości, a skończyłeś jako szarość na tle gnijących wodorostów. Dlaczego? - po dłuższej chwili napięcia przepełnionej ciszą rzekł znowu - Dlaczego?!
- Spójrz na nich... - gniew kipiał w spojrzeniu mężczyzny, który ściągnął rękawice pomocne w pracy i wystawił rękę, aby pokazać wystraszony tłum na jednej ze ścian. Szepty nie były dość głośne, aby zagłuszyć ich rozmowę. Traktowali tłum jakby znajdowali się w innym miejscu otoczeni jedynie przez okna. - Spójrz na nich! Nie zasługują na wybawienie. Są grzeszni, są bezbarwni, pozbawieni chęci do piękna, chodzą większość swojego życia do pracy zaspokajając potrzeby nielicznych gówien pływających ciut wyżej od nich samych. Nie przekonasz mnie, abym zmienił zdanie!
- Nie zamierzam. - stwierdzenie ostudziło zapał drugiego rozmówcy - Doskonale ciebie rozumiem. To ja nalegałem, abyś został w domu. Uparłeś się mając w środku to co nigdy nikt z nas nie miał. Wiarę w te małpy.
- Byłem naiwny...
- Nie, teraz po prostu przejrzałeś na oczy. Niektórzy tracą wiarę, bo widzą za mało, inni, bo widzieli za dużo. Nie zmienisz ich. Dobrzy giną dla złej sprawy. Ideologia czyni z nich bohaterów, ale to ci źli rządzą światem. To oni tworzą system pochłaniający wszystkich. Dlatego nie ma ratunku dla nikogo.
- Ech. - wypuścił powietrze z nieskrywaną ulgą. - Więc postanowione.

Do rozmówców podszedł roztrzęsiony, starszy mężczyzna kochający swoją żonę pomimo tego, że nigdy nie mogli dorobić się dzieci. Serce krztusiło się w wąskim gardle, ale jego jedyny odważył się zabrać swój głos.

- Co się dzieje? - rzekł drżącym głosem
- Właściwie to nic. - odpowiedział mu z ironicznym uśmiechem na twarzy mężczyzna z kapeluszem i kozią bródką - Umrzecie. - po tych słowach spora część tłumu wpadła w panikę. - Nie, nie tutaj. Nie mówię o was. Egoiści. - sarkazm płynął strumieniami - Wszystkie małpy na Ziemi umrą. Cieszcie się dniami życia zanim śmierć zawita do waszych progów.
- Przepraszam. - odezwał się drugi
- Ty ich przepraszasz? To ich decyzja i ich los. I tak zagłada przyjdzie z ich rąk. Są auto destruktywni i nie zasługują na miano inteligentnych istot pomimo zabawek jakie posiadają.

Sroga postać pstryknęła palcami i zniknęła jak posąg usypany z piasku przy powiewie silniejszego wiatru. Minęła chwila zanim drugi rozmówca postanowił wykonać ruch. Obejrzał wszystkich dookoła, pokiwał spuszczoną głową i również przepadł bez śladu zostawiając tłum ludzi w szponach nieznanego strachu i z pytaniem "co właściwie się stało?".