środa, 22 sierpnia 2012

Keelah se'lai*

Nigdy nie ukrywałem, że jedną z największych moich pasji są gry komputerowe. Interaktywne opowieści, które potrafią dostarczyć mi nawet więcej wrażeń od książek. Czuję jak przenoszę się w odmienny świat, staram się przeżywać losy bohaterów razem z nimi. Utożsamiam się z wybraną postacią. Biorę udział w przygodach, które wzbogacają moją wyobraźnię. Uwielbiam wędrować w obrazach, które dopisują kolejne wątki poszczególnych herosów.

Tak więc stawiałem pierwsze kroki w kolonii karnej na Khorinis przechodząc metamorfozę z pospolitego bandziora do bohatera mogącego powstrzymać hordy orków, Śniącego i smoków. Odkrywałem kolejne tajemnice kryjące się na mrocznych ziemiach Morrowindu, ratowałem księżniczki, zdobywałem złoto, kolekcjonowałem headshoty, obrywałem za każdym razem, gdy zwrot akcji zmuszał mnie do zmian w moim wyobrażeniu świata, w którym się znajdowałem.

Istnieje jednak uniwersum i postać, która jest szczególna dla mnie. Wracam do całej trylogii od czasu do czasu, by przypomnieć sobie emocje związane z przechodzeniem całej fabuły. Przygody Sheparda do końca życia zapadną mi w pamięć i chociaż jest to fikcyjna postać w świecie Mass Effect, gdzie ludzie po odkryciu starożytnej technologii koegzystuje w galaktyce razem z innymi rasami jak Asari, Kroganie czy Quarianie to potrafię się przywiązać i czerpać inspiracje.

I chociaż sama gra to kosmiczny shooter, gdzie ekipa podróżuje od planety do planety i przedziera się przez niezliczone grupy oponentów to mnie przykuła samą fabułą. Gorzkie zwroty akcji, gdzie giną pozostali bohaterowie, surowe, dojrzałe puenty to wisienka na torcie, który smakuje za każdym razem również niesamowicie co za pierwszym razem.

Nie zapomnę zabawnych dialogów z Kroganinem Wreaxem czy oddanym przyjacielem Garrusem, który był Turianinem. Wbijają się w serce poważne rozmowy zabarwione miłością i oddaniem połączone ze strachem o przyszłość z niesamowitą, błękitno-skórą doktor Liarą T'soni czy chwytające za serce pożegnanie z fascynującą Tali'Zorah vas Normandy. I przy odpowiednich wyborach czerwone zakończenie ostatnią sceną wleje w każdą komórkę ciała nadzieję w happy end.

Historia stworzona przez ekipę Bioware tworzy spektakl niesamowitych postaci, dialogów (czasem zabawne, czasem gorzkie i załzawione), zwrotów akcji i scen, które powinny znaleźć się w każdej książce aspirującej, by inspirować ludzi i karmić ich dusze fascynacją. Pewnie nie raz jeszcze powrócę do walki ze Żniwiarzami, Zbieraczami i Cerbeusem jak również coś stanie mi w gardle po dramatycznych scenach z ukochanymi bohatera.

Brzmi głupio, że gra potrafi wypalić ślad w moim sercu, ale do cholery z tym! Chciałbym spotkać kiedyś na swojej drodze ludzi podobnych do przedstawionych w grze. Do postaci, które pokochałem swoim alter ego sercem jak Tali'Zorah czy Liara T'soni jak i również przyjaciół wzorowanych na Garrusie, Andersonie, Jokerze czy chociażby Legionie, gdzie tego ostatniego w zawirowaniach wyborów trzeba było uśmiercić, by uratować Quarian przed zagładą i niezapomniany dialog Tali z umierającym Gathem o jego duszę. Coś niesamowitego.

Swoją drogą nie wiem czemu napisałem ten tekst. Czułem, że musiałem. Od dłuższego czasu to we mnie siedziało. Ten cały wspaniały świat i jego historie opowiedziane przez doskonale wykreowane postacie, które chciałoby się spotkać w prawdziwym życiu. Marzenie ściętej głowy, ale wiem jedno... w wyobraźni jest wszystko możliwe.

*for the homeworld we hope to see