niedziela, 10 czerwca 2012

Witaj dniu!

Tuż przed pierwszym wyciem nowego dnia w moim sercu rozpoczyna się ambaras. Pierwsze, płochliwe iskry w gęstwinie mroku dekorują wyschnięty korytarz w scenerii post apokaliptycznej. Dziarski spektakl trwa chwilę niczym wieczność w mydlanej bańce i kończy się równie spektakularnie. Wielki wybuch ukazuje całe spektrum życiodajnej nici wijącej się w szarym cieniu pustych frazesów i pomiędzy kolejnymi sygnałami s.o.s serca dusza drwi z samej siebie. Przypomina obłąkanego klauna, który w groteskowej scenie upadku wypełnia scenę pustym śmiechem.

Kilka przepełnionych goryczą półdystansów dalej rozum rozbija się o mur gwieździstych przepowiedni. Niczym chorągiewka na wietrze przepełnionym eutanazją wygina się na wszystkie, znane kierunku świata opadając w jednym momencie jak suchy, jesienny liść, by w następnym akcie wzbić się ku niebiosom jak dziecinna radość wyzwolona przez niewielki promyk naiwności. Niewiedza pcha optymizm na górzyste szczyty porośnięte żałobną melodią.

Gorzki występ kończy się tuż po otworzeniu oczu. Pierwsze przebiśniegi poranka palą pogrzebowe nuty. Proch w symbolicznym układzie równań pokrywa moją skórę. Przerzucając wzrok pomiędzy kolejnymi urwanymi opowiadaniami zamieszczonymi na suficie mimowolnie wydycham skisłe powietrze. Po grawitacyjnym amoku wstaję z łóżka kończąc codzienny rytuał pogrzebowy i w sarkastycznym zakończeniu dwa słowa wyrywają mi się z ust; witaj dniu!

*********
Swoją drogą chyba faktycznie jestem dzieckiem nieszczęścia. Po ostatnich wydarzeniach nie mam żadnych wątpliwości...