środa, 16 maja 2012

E'vviva l'arte!

Lekkie drganie powietrza zamykanych drzwi przyciąga moją uwagę. Niewzruszony obserwuję jak Pustka wślizguje się do pokoju. Podskakuje na progu we wszystkie kierunki świata, bym nie mógł jej uchwycić w swoim spojrzeniu. Uśmiecha się szyderczo kiwając głową. Po dość dłuższej zabawie zamiera w bezruchu. Prawym bokiem opiera się powoli o najbliższą ścianę. Udaje damę pełną niezaspokojenia. Unosi nóżkę do góry i palcami przebiega po teksturze swego uda. Drwi ze mnie.

Odwracam wzrok. Równomierne stukanie zegara od czasu do czasu przerywane jest małymi, chaotycznymi kroczkami. Raz z jednej strony dobiega hałas, by w następnej sekundzie wysłać dźwięki z przeciwnego końca pomieszczenia. Oplatający zastygłe w swych myślach ściany mrok dodaje nieskrępowanego uroku całej sytuacji. Dopiero po chwili zauważam, że ciemna materia poprawiła mi grzywkę. Niekiedy zabawne są te kreacje.

Rozsiadam się wygodnie na swoim wyimaginowanym, bujanym krześle i pogrążam się w stagnacji. Czekam jak neurony rozsiane w mojej głowie zinterpretują ukryty przekaz w tym zbliżającym się stukocie małych stópek. Zanim jednak informacja nabiera wyraźnych kształtów, mroźny oddech niecodziennego gościa stymuluje mój kark. Niespokojne dreszcze przebiegają szyję, górną warstwę pleców naprężając leniwe mięśnie, by zniknąć gdzieś w dolnych rejonach ciała.

Nadpobudliwe dłonie nieistniejącej istoty oplatają moje ramiona. Wędrują znanym tylko sobie szlakiem do klatki piersiowej. Na końcu swej podróży tworzą trwały splot. Jednocześnie zbliża swoje kłamliwe usta do lewego ucha. Echo trwogi rozbija się o kant małżowiny i złowieszczy przekaz ginie wśród lewitujących cząsteczek. Wtedy impuls rozprzestrzenia się w moim korpusie. Mikroskopowe drgawki uwalniają strzępki wspomnień. Irracjonalna historyjka ułożona na prędko z porozrzucanych puzzli zrzuca oślizgłe brzemię.

Gniewne spojrzenie mija senne meble pokryte nocną kołdrą i zatrzymuje się dopiero na wizerunku zdezorientowanej Pustki. Pochylam głowę w jej kierunku. Czuję jak przytłoczone atomy w tej niewielkiej przestrzeni dzielącej dwóch największych wrogów ocierają się wzajemnie. Gdzieniegdzie obiektywny obserwator zauważyłby ikry rodzące się i ginące w tej samej chwili tworząc wojenny front między nami.

Dopiero wtargnięcie srebrzysto ocznego skrzata, który najwyraźniej pomylił opowiadania posunęło dalszą akcje do przodu. Demon pod postacią kobiety zerknął na nowego przybysza, potem na mnie i jeszcze raz na skacowanego po trzydniowej libacji małego imprezowicza. Szyderczy uśmiech ponownie zawitał na jej twarzy. Groteskowe ułożenie ust raziło sumienie. Odskoczyła do tyłu, by korzystając z chwili mojej nieuwagi zrobić susa w stronę klatki piersiowej. Zanim zdążyłem zareagować, ta wysunęła otwartą dłoń w kierunku bijącego serca. Przy pierwszym dotyku zniknęła niczym bańka mydlana w rękach dziecka.

Arturro, bo tak miał na imię dziwny stwór stojący na parapecie mojego okna trzymając zażarcie flaszkę z fioletowym napojem, pokiwał złowieszczo główką. Nawet on zdawał sobie sprawę, że Pustka przeniknęła do mojego bijącego narządu. Czym prędzej zeskoczył na ziemię, kiwając się na lewo i prawo doczłapał się do mnie, z niewielką pomocą wdrapał się na moje ramię i poklepał po przyjacielsku zdrętwiałe jestestwo. Przekaz był jasny. Przegrałeś bitwę, ale nie wojnę.

Swoim malutkim palcem wskazującym nakazał moim oczom przemieszczać się po zaciemnionym pokoju. Z półmroku wyszedł wierny towarzysz, przez mój lichy egoizm pokryty kurzem. Stanął dumnie na skraju biurka. Otrzepał się ze słomianego zapału jak prawdziwy weteran. Był to czarno-piszący długopis zwany piórem. Na półkach na zachodniej ścianie przyboczną armię tworzyły słowa ustawione w kształt nienapisanych jeszcze książek, a moją nogę szturchał szaro bury, bezkształtny chytrus pchający mnie od czasu do czasu w stronę pustych notatek. Dla niewtajemniczonych przyjąć można określenie duszka, chociaż on sam wolał być nieokreślonych tworem.

Pomimo panującej Pustki w moim sercu nawet zegar wybijający w rytm alfabetu Morse'a śpiewał ze wszystkimi zgromadzonymi słowa piosenki. "Poczułem wtedy broń, anioła bratnią dłoń, nie będę się więcej bał, aniołów wokół mam". I mógłbym przysiąc, że słowa chichoczące w mojej głowie brzmią po tym spotkaniu jakoś inaczej. Niby te same co poprzednio, lecz smakują inaczej. "I chociaż nasze życie nic nie warte, E'vviva l'arte!"