środa, 25 kwietnia 2012

Never more, never say

Stuk puk. Puk stuk. Jaki gniew demona przebudził nieznośne wietrzysko, które za oknem dopomina się uwagi? Skrzypiąc po podłodze przesunąłem się bliżej tego fenomenu, by raz na zawsze wydać surowy osąd nad winowajcą. Roztworzyłem okno uzbrojony jedynie w czarny długopis, który ośmieszał prawa logiki nazywają siebie samego z pełną gracją i udawaną powagą piórem pisarza, mistrza. Doskonale zdawał sobie sprawę o braku szlachetnego rodowodu. Jednak i mi było daleko do zaśnieżonego przez liczne tomy prawd i mądrości literackiego szczytu. Więc wierny towarzysz szturchnął mnie zanim puściłem klamkę i spojrzał wygłodniałym wzrokiem. Dopiero po chwili dotarła do mnie myśl, że pognieciona, kilkuletnia piżama z pewnymi wstydliwymi brakami nie była wymarzoną zbroją dla ewentualnego kandydata na rycerza, pogromcę smoczego zła i uwodziciela dam.

Moja głowa poszybowała kilkakrotnie w górę i w dół na znak, że zdaje sobie sprawę z komizmu sytuacji, ale w tej chwili nic lepszego nie wymyślę. Zatem napiąłem mięśnie twarzy przybierając odważną pozę ślepi schowanych za szklistym mundurkiem podkreślając specyficzne ułożenie warg. Mój przyjaciel również nadymił się, zaczerwienił i wypuszczał powietrze swymi nozdrzami niczym rozszalały byk walczący o swój honor w tłumie budzących obrzydzenie gapiów.

Chwyciłem dłonią brzeg parapetu i manewrując palcami u nóg lekko wychyliłem się ku ciemnościom. Czułem jak czarno-piszący maruder z ukrywanego strachu podgryza mi skórkę między palcem wskazującym a kciukiem. Uczucie raczej niemiłe w swojej definicji o dziwo dodało mi otuchy, że maleństwo nie jest tak odważne jakby mogło się wydawać i aby pokazać kto tu nosi spodnie w tej dziwnej znajomości "włożyłem" całą czaszkę w mroczne sieci. Wystraszony władca słów zagryzając ciągle kawałek mej dłoni przyglądał się uważnie w ciemną kotarę w celu wyłapania niepokojących znaków. Jednak prócz czarnego dna nie spostrzegł niczego podejrzanego.

Pomyślałem sobie wtedy, że moja osoba budzi respekt wśród pomiotów diabelskich i z większym animuszem nabrałem lodowate powietrze w płucach i jak spragniony krwi wojownik wykrztusiłem z siebie barbarzyński okrzyk! Arrr! Do stu beczek wina! Zanim jednak moc magicznych słów zdeptała resztki moich wrogów w ziemię poczułem kolejne szturchnięcie w bok. Zerknąłem na prawą stronę. Z założonymi rękami patrzył na mnie długopis. Pochylił swój mały łepek w lewą stronę i chrząknął. Trach! Bum! Głupiec ze mnie. Zamiast przeraźliwego barbarzyńskiego okrzyku wojownika, który zjada serca pokonanych wrogów, to ja jak ten amator mocnych trunków ziewnąłem pirackim nawoływaniem do imprezy. Teraz zdaje sobie sprawę, że popijawa na statku kapitana Wine dwa dni temu nie była dobrym pomysłem. Swoja drogą  zaciekawiło mnie czemu nie uraczył swych gości stereotypowym rumem. Cóż, chyba nigdy się tego nie dowiem.

Moje wydumane jak na te okoliczności rozmyślenia przerwał w pewnym momencie żywy, rozchichotany niedawną wpadką szeleszczący wiatr wśród liści. Dreszcze oblazły mnie od stóp do głów. Faktycznie piżama podarowana mojej osobie od kochanej babuni nadawała się tylko i wyłącznie do snu pod pierzastą kołdrą, a nie do walki z demonami. Otrząsnąwszy się po mocnym uderzeniu mojego arcywroga schowałem głowę wewnątrz ciepłego powietrza okrążającego wnętrze mojej fortecy i zatrzymałem się w pozycji obronnej. Wyglądało to co najmniej dziwacznie z perspektywy trzeciej osoby. Na szczęście żadne cudze oko nie zawiesiło na mnie swojego wzroku.

Wypiąłem bohatersko pierś przed siebie i oznajmiłem pomimo protestów pióra, które piórem nie było, że jestem gotowy na kolejny atak. Obudzony z drzemki wietrzysko przyjęło zaproszenie z niespotykanym zapałem i wdarło się do pomieszczenia. Kryształki lodu przywarły do skóry powodując natychmiastowy spadek temperatury. Zgrzytając zębami potruchtałem do klamki od okna i zatrzasnąłem je subtelnie jak pijak proponujący randkę zakonnicy. Wtedy rzuciłem wymowne spojrzenie na zadziwionego całą sytuacja przyjaciela-skrzata.

Po kilku chwilach telepatycznej próby rozmowy zakończonej groteskowym niepowodzeniem doszliśmy do wniosku, że możemy uznać po cichutku, że pojedynek rozstrzygnęliśmy na swoją korzyść i w ramach wynagrodzenia powinniśmy pozwolić sobie na senne doznania z Morfeuszem. Nagle, niedawny przeciwnik stuknął po raz ostatni w okno czym uświadomił duet odważnych podróżników, że być może finał tej całej rywalizacji jednak nie jest tak hurra optymistyczny jak sądziliśmy. Bez większego pośpiechu trwającego ułamki sekund ułożyłem się na łóżku i zakryłem szczelnie kołderką. Długopis, który trzymałem w dłoni dopiero po chwili oznajmił mi, że nie odłożyłem go na jego honorowe miejsce. Z zapartym tchem pozwoliłem wrócić mu na miejsce obok popisanych kart opowiadających nieudolną próbę stworzenia arcydzieła, które nieśmiało nazywaliśmy książką, żegnając małego wspólnika słowami naszego motta: carpe diem, kiedyś się uda. On natomiast na odchodne rzucił jak zwykle miał to w swoim zwyczaju: Never more, never say...