sobota, 4 lutego 2012

Zima

Kreślę tajemne pentagramy w mrocznych osądach. Szron bezczelnie zamyka pyskate wargi. Jednak serce buczy, huczy! Namiętność żarzy się nieokreślaną fantazją i w lubieżnym tańcu paruje z mojego ciała. Szkło pęka pod delikatnym naciskiem. Przy akompaniamencie rozśpiewanych pierwiastków zrywam kajdany fałszywej natury. Śnieg sypie z nocnego nieba jak konfetti na diabelskiej paradzie. Skurcze mięśni wybijają rytm tej imprezy. Czuję się jak wykreowani w mojej głowie bohaterowie ścigani przez ułamki sekund. Jestem magiem odtrącony przez własnych współbraci.

Chwytam energicznie obraz milionów spojrzeń i zrzucam na kowadło rzeczywistości. Sprzeciwiam się odwiecznym prawom improwizowanym gestem. Zimnokrwisty wiatr próbuje zwalić mnie z nóg. Dmucha, chucha. Przygniata swym jestestwem. Wysyła naprzeciwko mnie tysiąc tuzinów karłów, by odesłać mnie do prywatnego piekła. Nieudolnie wygrzebuję się spod własnego ciężaru, wstrzymuję oddech i kończę freski na marmurowym podeście. Jak oszołomiony muzyk własną pieśnią zlizuję pierwsze krople swobody. Bębny nie milkną w huraganowym gniewie niczym szept nadziei w środku burzy. Po wszystkim zostanie tylko echo i pączki odradzanego życia. Melodia skrzypiących wrót zdawkowo przemienia przeszłe chwile w zgrabną opowiastkę z mitów i legend, a epilog przepełniony jest harmonią.