niedziela, 12 lutego 2012

Walentynki

Snuję się samotnie wieczorową porą między drzewami. Z łusek układam papierowe trofea. Kątem oka spoglądam na kiczowatą czerwień oplecioną parą ramion przechadzających tuż obok mnie. Naciągam mocniej naprężony kaptur na głowę, skrywam zazdrosne spojrzenie. Przesadność mdli od środka. Szturcha liche postanowienie, dźga wielokrotnie mentalnością szaleńca. Wstrzymuję oddech. Kolejne kroki są coraz mniejsze i mniej pewne. W końcu ustaje ruch. Ogrzewam przemarznięte dłonie ciepłym oddechem, po czym nieśmiało pieczętuje swój rytuał. Pozwalam duszyczkom przejść obok mnie.

Stłumione iskry wzbierają w kącikach oczu. Obijam twarz gruboziarnistym śniegiem pałętającym się tuż pod stopami. Uginam się chwili. Skraplam językiem chciwe wargi i raz jeszcze potępiam siebie za swe nikczemne myśli. Nieświadomie tnę się żyletkami pod postacią wspomnień i pragnień. W masochistycznym tańcu wypruwam żyły spod powierzchni zwyczajnych słów. I raz jeszcze ogarniam bałagan wokół kwitnących gwiazd. Jednak tym razem jest inaczej.

Cierpki wiatr rozbudza uśpione zmysły. Delikatnie falują wokół mojej osoby. Nabieram melancholijnie garstkę powietrznych turbulencji i niewzruszony zachwianym krokiem idę przed siebie. Nawet dzień pod postacią kiczu w wywieszonych serduszkach na wystawach komercji nie potrafi zwalić mnie z nóg. Ludzie się nie zmieniają, po prostu coraz lepiej się poznają. I chociaż nadal pragnę świętować należycie pod płaszczykiem zguby to sumienie mam czyste, a umysł spokojny. Dusza romantyka pogodziła się z ciałem. Nareszcie.

---------

A tak po za nawiasem, lubię Walentynki. Lubię takie daty. Lubię świętować pomimo całego kiczu. Lubię zrobić coś mało oryginalnego, lecz romantycznego, równocześnie odcinając się od tłumów i komercji panującej na ulicach. Po prostu jest miło. Chociaż najlepsze pozostają spontaniczne wybryki iskrzące w spojrzeniach. Tego mi brakuje. Jednak już nie narzekam. I z tego powodu jestem dumny. Kiedyś... ;)

Marc Cohn - True Companion