poniedziałek, 6 czerwca 2016

Medium: Rozdział VIII (część III)

Nad cmentarzyskiem człowieczeństwa wisiał z sufitu stary, prosty żyrandol. Nie pierwszej świeżości żarówka migotała nieznośnie tylko pobudzając do kolejnej agresji napastnika szykującego się do „operacji”. Kat kilkakrotnie obchodził dookoła stołu wypatrując idealne miejsce do wbicia ostrza. Gdy tylko się zbliżał do skóry piłą przywiązany mężczyzny mocniej podskakiwał, co tylko rozbawiało niecodziennego chirurga.

W tej scenie policjant jedynie był widzem spoglądając oczami sprawcy. Starał się jakoś zareagować, powstrzymać wymierzony i precyzyjny cios w udo, ale nie mógł nic zrobić. Co gorsze cały ból jaki ten nieszczęśnik mógł odczuwać spływało na niego. Fala gorąca zrywanych mięśni, gdyby tylko mogła powaliłaby go z nóg.

Krew tryskała na twarz sprawcy powoli barwiąc widziany obraz na czerwono z dużym dodatkiem brudu. Niemalże czarna maź jawiła się jak nadciągająca ciemność wygłodniała kolejnej śmierci.

- Jam jest śmierć. Pan i władca życia. Upadły. Zmartwychwstały. Piekielny król co z tronu zszedł, by raz jeszcze zasmakować trwogi ludzkiej. Wezwany, czczony i obdarowany. Jam jest śmierć co jak całun zakrywa ludzką, śpiącą twarz. Pogarda, ból, nędza moimi niewolnikami. - głos wygłaszający przedziwny monolog chociaż na chwilę odrywał od cierpienia

Mimowolne mrugnięcie spowodowało, że teatralna sztuka zmieniła tytuł i tło przedstawienia. Tym razem mundurowy widział jakby z perspektywy trzeciej osoby samego siebie celującego w Bena. Obaj stoją pośrodku niczego. Clarkson z wyrytym na twarzy szaleństwem sunie w kierunku detektywa.

Bezkształtna zjawa wyskakuje przed nosem i bezczelnie zamazuje druzgocący obraz. Owija się wokół prawdziwego Crana lekko go podduszając. Ten nie może bądź nawet nie chce się poruszyć. Wpatruje się beznamiętnie w kolejne klatki filmowe. Niczym w zwolnionym tempie dostrzega każdy najmniejszy szczegół chociaż on sam stoi kilkadziesiąt metrów dalej.

Widzi błysk, chmurę prochu i wylatującą kulę z rewolweru. Pocisk przecina niewidzialną masę powietrza. Następnie wbija się delikatnie w czoło zostawiając po sobie niewielki, czerwony otwór, by następnie z hukiem eksplodować w tylnej części czaszki. Krew i resztki mózgu podskakują do góry. Postrzelone ciało w nienaturalnej pozie ląduje w błocie.

- Przestań! - zdesperowany głos funkcjonariusza przerywa wizję jak za pociągnięciem magicznego pędzla czarną farbą

Zmęczony i niepewny glina orientuje się, że trzyma w ręku pistolet wymierzony w swojego przyjaciela. Dezorientacja wynika z braku pewności czy, aby to co widzi jest rzeczywistością, a może wciąż jest tylko chorym snem.

- Nie bez powodu tkwimy w tym miejscu. - rzekł pewnym, stanowczym tonem Mistrz Marionetek – Zastanawiasz się zapewne czy nadal jesteś po drugiej stronie lustra. Powiadam tobie, że nie. To jest rzeczywistość. Jesteśmy tutaj gdzie powinniśmy być.

- Zamknij się! 

- Wyczuwam w tobie emocje. Rodzą się na nowo. Jak pnącze ściskają twoje ciało i miażdżą zdrowy rozsądek, a ty wijesz się z bólu emocjonalnego. Sprawiłem, że żyjesz!

- Przestań mną manipulować!

- To nie podniesiony, sztuczny głos. To furia, gniew i rozczarowanie przemawiają przez ciebie. Za młodu utraciłeś zmysły, uczucia i emocje. Zapomniałeś, że życie to niekończący się ból. Czy nie tego chciałeś? Znów poczuć, że żyjesz?

Przez pustkę zaczęło przebijać się tło piekielne, gdzie gorejący płomień zatoczył dziewięć kręgów. Jego języki przypominały ludzkie twarze w momencie największego cierpienia tuż przed śmiercią. Był przy tym złowrogo głośny niemalże zagłuszający myśli. Z wiecznego ognia wyłoniła się znana postać. Niezbyt pocieszny klaun z wielkimi kłami i z obrzydliwą śliną na psyku wyszedł z ramion demonów.

- Tak rodzi się życie! - rozpiął dłonie, a jego twarz mieniła się zmianami jak w starym, słabym filmie nieudolnie imitującym istnienie hologramu. W tych bezkształtnych półcieniach można było dostrzec rysy Bena

Gnat zaczynał przeciążać rękę, która mimowolnie opadała w dół. Mięśnie drżały, gdy ich pan i władca siłą woli próbował utrzymać celownik na odpowiedniej wysokości.

- I tak ginie wiara! - kontynuował swoje przywitanie – Złapałeś kilkunastu chorych sukinsynów. Widziałeś w wizjach ich czyny, niemalże czułeś ich podniecenie, ale dopiero ostateczna zdrada doprowadziła ciebie w to miejsce. To, że pociągniesz za spust to pewne. Tylko kto umrze, a kto stanie się nieśmiertelnym?

- Kurwa! - w powietrzu huk wystrzału ogłosił zwycięzce




- Podsumujmy. Pchany niewytłumaczalnym instynktem złamał pan wszelkie możliwe przepisy i paragrafy. Nie poczekałeś na wsparcie, nawet nie zgłosiłeś, w które miejsce się udajesz i przez to finał całej tej spapranej sprawy jest taki, że zastrzeliłeś domniemanego mordercę. - po usłyszeniu historii nadinspektor próbował zrozumieć intencje Crana. 

- Jest wystarczająco wiele dowodów wskazujących, że Ben… pan Clarkson był rzeczywiście mordercą.

- Ależ oczywiście. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Nie oto jest pan oskarżany. Staram się tylko zrozumieć pewną nieścisłość.

- Jaką? - detektyw wypalił kolejnego papierosa i końcówkę z dużo większą dawką siły zgniótł w popielniczce

- Dlaczego? Przez tyle lat osiągnął pan wiele sukcesów, a przy tej sprawie wyglądasz detektywie na pogubionego. Złamanie regulaminu, narażenie własnego zdrowia i życia, próba samotnej gry z mordercą. Czytając pana akta odnoszę wrażenie, że zamiast Aleksandra Crana był tam ktoś inny; przebieraniec. Tego nie potrafię zrozumieć i nie mogę zaakceptować.

Policjant nabrał powietrza i chciał wypuścić jakiś bezwartościowy zlepek słów na usprawiedliwienie, w które sam tak naprawdę nie wierzył. Jednak Scott był o wiele szybszy i pewniejszy w swoich osądach.

- Moje zadanie uważam za zakończone. Nie będziemy kontynuować śledztwa w pańskiej sprawie. - Brown wyłączył nagrywanie i dodał subtelnie – Nie znam twoich motywów i nigdy ich nie poznam, ale uważam, że ominąłeś kilka istotnych szczegółów. Dlatego historia jest niespójna, ale prawdziwa. Sprawa zamknięta. Może pan już wyjść.

Detektyw ze wzrokiem przegranego wstał z krzesła i skierował swoje kroki w kierunku drzwi.

- Ach, prawie bym zapomniał. Na pana miejscu przyjąłbym tę posadę w Duran Creek.

Detektyw bez słowa po chwili zawahania wyszedł z pomieszczenia. W swoim raporcie nadinspektor napisał, że bohater całego przesłuchania jest niezwykle inteligentnym i przebiegłym policjantem, który w natłoku zawirowań zboczył ze ścieżki prawa. Jednakże w końcowym rozrachunku powstrzymał Mistrza Marionetek, swojego wieloletniego przyjaciela i za ten sam fakt należy mu się szacunek.

Zauważył również pewne przekłamania w historii, ale zdążył się zorientować, że pewne elementy układanki zostały z premedytacją poprzestawiane bądź pominięte. Jako stary pies, który niejednokrotnie połamał zęby na ciężkich sprawach odpuścił młodemu wilkowi, który jawił się „starcowi” jako odbicie samego siebie z młodzieńczych lat. W końcu bez żalu mógł stwierdzić, że z tego bratobójczego pojedynku to on wyszedł jako moralny zwycięzca.

2 komentarze: