wtorek, 31 maja 2016

Medium: Rozdział VIII (część I)

Creek Valley w zamierzchłych czasach, w latach siedemdziesiątych i na przełomie dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku było bardzo popularnym miejscem kempingowym, gdzie młodzież uwielbiała spędzać czas. Niesłowna stolica narodzin hipisów w okolicach Heaven City. Jednak lasy od pewnego czasu były niestety znane z czegoś bardziej przerażającego. To tutaj Kult Oświecenia obiecywał nowym rekrutom lepsze życie karmiąc ich ugięte umysły całymi oceanami kłamstw.

Pranie mózgów nie kończyło się jedynie na biernym posłuszeństwie. Niemalże wszyscy członkowie sławnej sekty mordowali z zimną krwią swe ofiary składając ich dusze wybranym przez siebie demonom. Wierzyli, że dzięki temu zyskają nieśmiertelność. Po części tak się stało, bo kilka nazwisk wbiło się w ciemną kartę zbrodni po wszech czasy.

Glina zmierzał na teren, który pochłonął niezliczoną ilość nieszczęśników. Gdy policja zjawiła się z nakazem sądowym, aby przeszukać prywatny obóz letniskowy „Do świtu” znaleziono kilkanaście grobów pieczołowicie schowanych przed ciekawskim spojrzeniem. To było wręcz niewiarygodne, że tak długo ukrywali się ze swoimi zbrodniami.

I to w tej właśnie lokalizacji detektyw przeżył chwilowe załamanie pod natłokiem ogromnej ilości obrazów wrzuconych w jedną wizję. Głowa nadymała się pod naporem lawiny głosów, jęków, psychodelicznych pejzaży jak i natrętnych chochlików czyhających na chociażby najmniejszy upadek.

Jeśli gdziekolwiek istniało piekło to zostało ono zbudowane rękoma takich ludzi jak Richard Johns, wysoko cenionego w kręgu prawniczym adwokata, Jess Daly, miejscową panią polityk mającą aspirację do rangi senatora czy chociażby Betty Rogers, nieśmiałą kurę domową przeradzającą się podczas rytuałów w okrutną kapłankę śmierci.

Tego dnia, gdy przynajmniej połowa członków sekty została skazana na śmierć przez czcigodnego sędziego Keitha Schmidta Ameryka mogła odetchnąć z ulgą, by żyć w wyimaginowanym amerykańskim śnie.

Właśnie w to miejsce musiał się udać policjant pogwałcając wszelkie zaufanie kapitana, niszcząc własny kodeks prawny, by spróbować ocalić przyjaciela z opresji. Był w swego rodzaju odurzony nawałnicą napływających emocji. Jakby ktoś bezczelnie otworzył kurek z wodą, gdy człowiek już nauczył się żyć bez życiodajnego tworu. Oaza wcale nie mieniła się w pozytywnych barwach. Wodziła za nos, oszukiwała oczy i zagłuszała czyhające gdzieś nieopodal zagrożenie.

Telefon podczas jazdy huczał, buczał i niecierpliwie podskakiwał. Jego właściciel wiedział doskonale, że ma przerąbane. Nawet pomyślne schwytanie mordercy nie uchroni go od gniewu kapitana i jego przełożonych. Crane postawił wszystko na jedną kartę i mocno trzymał kciuki, aby to nie był ostatni poker w jego karierze policyjnej.

Zanim dojechał na miejsce noc wyparła słońce i obwieściła światu swe rządy nikczemne. Idealnie podkreślała charakter nadciągającego zdarzenia. Zaciekawione gwiazdy uważnie przyglądały się parkującemu samochodowi. Kierowca przez pewien czas wahał się spierając się wewnętrznie ze sobą. Ostatnie podrygi rozumu chciały odwieść pana swego od skoku w otchłań, a ta jak najpiękniejsza ladacznica kusiła szczerą prawdą.

W końcu wysiadł z wysłużonego Forda Mustanga z rocznika sześćdziesiątego dziewiątego. Spojrzał na miniaturowy łuk rozciągający się nad rozlatującą bramą wejściową i wykorzystując szparę w ogrodzeniu przedostał się do środka. W rękach dzierżył wierny pistolet i latarkę. Spokojna, bezwietrzna noc była symboliczną minutą ciszy przed burzą.

Gdy postawił stopę na plugawej ziemi jego serce zabiło mocniej. Uderzenie było tak silne, że niemal wytrąciło go z równowagi. Ta szczególna katorga była mu znana. Zawsze przed wizją serce oznajmiało nadejście złowrogiego snu. Tylko tym razem całość wstępu była powolna i na swój sposób bolesna, również fizycznie. Tylko raz doświadczył czegoś podobnego. Gdy razem z całą ekipą antyterrorystyczną sprowadzał do parteru członków kultu.

Drugie uderzenie zmusiło bohatera do pokłonu. Oddychając ciężko opierał dłoń na kolanie próbując wstać. Nieopatrznie podniósł do góry głowę i ujrzał znaną mu sylwetkę. Przeraził się. Po chwili zorientował się, że wcale nie zanurzył się we śnie. Wciąż to była chora rzeczywistość, a przed nim wyrósł cały i zdrowy Ben Clarkson z przerysowanym spojrzeniem triumfu.

1 komentarz:

  1. uuu porównanie o wyparciu słońca i rządów nocy - mega :D

    OdpowiedzUsuń