sobota, 21 maja 2016

Medium: Rozdział VII (część III)

- Jeśli nie odbieram, co nigdy nie powinno się zdarzyć proszę zostaw wiadomość po sygnale. - medium zaniepokoił się. Jego wewnętrzne ja nieświadomie wysyłało niepokojące sygnały.

- Coś musiało się stać. - wyszeptał

- Wyglądasz jakbyś przeczuwał najgorsze. - do pokoju wróciła Amelia z napojem niegazowanym w dłoni. Natychmiast wychwyciła specyficzny układ mięśni na twarzy mężczyzny

- Ben nie odpowiada. - odpowiedział srogo. Nie chciał jej denerwować, ale ton głosu sam wyrwał się do przodu zanim głowa zdążyła zareagować

- Myślisz, że to jego sprawka?

- Sprawia wrażenie jakby doskonale mnie znał. Więc obawiam się, że również wie o mojej znajomości z Benem. - spojrzał się na nią łagodniejszym wzrokiem – Ty też w takim razie nie jesteś bezpieczna.

Uśmiechnęła z lekką nutą politowania.

- Już otrzymałam dozór policyjny. Wtedy kiedy znaleziono ciebie przywiązanego do ściany kapitan wezwał mnie na posterunek.

- To pozostaje sprawa Bena. - z wielkim wysiłkiem uniósł swoje obolałe ciało na równe nogi

Początkowo Amelia starała się przemówić mu do rozsądku, ale w głębi duszy też przeczuwała najgorsze. Sama przez ostatnie dni otrzymywała wiele tajemniczych telefonów. Od czasu do czasu ktoś pukał do drzwi, a nawet włamał się na jej skrzynkę mailową zostawiając jedynie jedno słowo: „obserwuję”. Oczywiście nie powiedziała tego Aleksandrowi. Nie mogła. Nie potrafiła.

Była to kobieta o wielu talentach. Świetnie rysowała, a jej artystyczne zmysły buzowały w niej. Potrafiła tworzyć arcydzieła używając do tego jedynie ołówka. Z drugiej strony chciała pomagać w chwytaniu przestępców. Pewnie dlatego została rysownikiem policyjnym i tak w jednej ze spraw z przeszłości poznała ówczesnego aspiranta Crana. Ich „związek” trwa już od dobrych paru lat.

Znała przypadłość swego nietuzinkowego wybranka. Uwierzyła mu. Chociaż lwią część tego zadania wykonał właśnie Clarkson. Określić go można było w tym przedziwnym trójkącie jako łącznika rozumu z szaleństwem. I ten niepozorny, lekko zgarbiony człowiek jawił się dla pozostałej dwójki jako mędrzec ze wschodu.

Drętwienie mięśni powoli ustało, a Crane ubrał się w parę ciągnących się niemiłosiernie minutach. Nie miał żadnego problemu z wydostaniem się na zewnątrz. Po raz drugi złamał regulamin i nie mówiąc nikomu ruszył w kierunku przeznaczenia. Panna Call została w pustym pokoju szpitalnym. Wpatrywała się w rzuconą niechlujnie piżamę na łóżku. Niemoc przeszywała jej całe ciało. Kilka łez popłynęło jej po różowiutkich policzkach.

Na miejscu okazało się, że drzwi do Biblioteki Magii były niedomknięte. Crane wyciągnął gnata, chwycił go pewną ręką. Nareszcie jego ciało przestało igrać z nim. Współpraca przyszła w najbardziej odpowiednim momencie. Pełen niepokoju o los przyjaciela wtargnął do ciemnego pomieszczenia.

To co ujrzał przypominało opadający na wietrze bitewny armagedon niż stylizowaną kawiarenkę połączoną z ogromną ilością książek na półkach w tle. Przedziwne symbole nakreślone krwią podświetlone gromnicami wpatrywały się w przerażonego detektywa. Leniwe emocje wątle od wizji ponownie drgały. Strach chwycił go za gardło i podduszał aż do niemalże utraty tchu.

Szydercze litery układające się w słowo „część” były kolejnym pstryczkiem w nos od złoczyńcy. Zabawa nabierała tempa, a detektyw przeczuwał powoli, że może jego wagonik nie poradzi sobie z kolejnym zakrętem w kolejce górskiej i ceremonialnie wypadnie z toru.

W przesiąkniętym dotykiem diabła barze znajdował się jeszcze jeden element układanki. Koperta jak gwiazda wybiegu leżała na stoliku. Lśniła bielą uderzając w ścianę mroku. Wołała detektywa, by ją chwycił. Otworzył z całą brutalnością gniewu.

Nie było nikogo. Puste echo odbijało tupnięcia poddenerwowanych kroków. W kopercie tkwił liścik, gdzie poszczególne litery wycięte ze starych, szarych gazet tworzyły zakodowaną wiadomość: „Chwała bohaterom w stumilowym lesie.” Po drugiej stronie w tym samym stylu było jeszcze jedno zdanie: „Twój Bóg nie jest moim Bogiem, ale diabłów mamy wspólnych.”.

- Chyba mnie przeceniasz. - wyszeptał policjant opierając plecy o ścianę trzymającą drzwi w ryzach – Nie tym razem. - ponownie rzekł do siebie i wyjął komórkę – Zrobimy to właściwie.

Wybrał z dość niewielkiej listy kontaktów kapitana i z lekkim zawahaniem wcisnął zieloną słuchawkę. Trzy sygnały jak trzy uderzenia wielkiego dzwonu starały się zasiać rezygnację. Prawdę mówiąc miał już odłożyć tę rozmowę na później, gdy w słuchawce usłyszał dobrze znany mu głos.

- To może być ciekawe. - rzekł Replay beznamiętnym głosem znając grzechy swego podopiecznego – Wyrzuty sumienia?

1 komentarz: