poniedziałek, 16 maja 2016

Medium: Rozdział VII (część II)

- Zjebałem po całości. - nareszcie niezręczną ciszę przerwał „oskarżony” – Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale gdy przeszukiwałem zebrane dowody skojarzyłem hasło „Norman” ze swoją sprawą sprzed lat. - Replay uważnie przysłuchiwał się starając się nie oceniać zbyt pochopnie motywów działania – Coś wbiło mi do głowy, że miejsce gdzie zamordowano Victora Normana to cementownia. Po rozmowie telefonicznej z Lalkarzem połączyłem jedno z drugim.

- Doskonale! - przerwał nachalnie – Ale po jakiego chuja szedłeś tam sam? Tego nie mogę zrozumieć. - nie była to delikatna rozmowa. Mięso wyskakiwało z jednych i drugich ust zmieniając tylko swego właściciela.

- Dlatego zjebałem. Szczerze? Nie mam zielonego pojęcia. W każdej innej sprawie poinformował bym ciebie, zebrał ekipę i ruszył, ale…

- Skurwiel nadepnął ci na odcisk?

- Można tak to powiedzieć. Każdy seryjny morderca poszukuje atencji. Kładzie ciała w widocznych miejscach, spełnia swoje chore fantazje nie do przyjęcia dla normalnego człowieka, ale tutaj jest inaczej. 

- W jakim sensie?

- Kontaktuje się ze mną, rozmawia tak jakby mnie dobrze znał. I to mnie zastanawia. Kim jest człowiek, który tak idealnie mną manipuluje. Chciał, abym przyszedł i zobaczył jak ona umiera. I przyszedłem.

- Moment. - kapitan zbladł – Chcesz mi powiedzieć, że widziałeś moment śmierci tych puzzli, które kiedyś były kobietą? - usiadł niepewnie na fotelu niedawno zajmowanego przez pannę Call i wytarł czoło przygładzając wystające zmarszczki.

- Pamiętam jak przez mgłę. Tylko urywki, bo już wtedy ta dziwna substancja, od której straciłem przytomność działała. On sam ją uruchomił. Chciał mi przez to coś pokazać. Ale odwrotnie niż on wobec mojej osoby, ja nie jestem wstanie zrozumieć jego postępowania. Traktuje mnie jak… - Arthur ponownie poszukiwał odpowiedniego słowa w jeszcze nie do końca w pełni sprawnej głowie

- Jak stary mistrz traktuje nowego ucznia, w którym pokłada wielkie zasoby nadziei, że go w przyszłości zastąpi? - zabrzmiało to filmowo jakby szef co dopiero oglądał Gwiezdne Wojny. Przez moment, który zauważyłem bez trudu Crane zawahał się policjant, czy aby nie wyszło zbyt teatralnie

- Nie. - odparł kiwając głową – To byłoby za prosto. On chce mi coś pokazać. Jakbym miał zrozumieć jego wizję, jego arcydzieło i na tej podstawie zdecydować o jego przyszłości. - znalazł idealne słowo – Jak krytyk oceniający sztukę. On jest artystą, on chce być artystą.

- Kurwa – skomentował krótko i po męsku dodając po chwili – Jakby nie mógł zostać malarzem albo pisarzem. Na Boga, przecież może pisać o tym jak morduje ludzi, ale nie, koniecznie musi być artystą czynu. - sarkazm oznaczał, że kapitana opuszczają nerwy – Co teraz?

- Dopóki los nie rozda mi lepszych kart muszę dalej bawić się w jego grę. 

- Mam nadzieję, że tym razem trochę bardziej zespołowo. 

- To nie ulega dyskusji. - całe porozumienie zakończyło się bez niepotrzebnych grzmotów

Jednak Crane już miał plan działania. Wykorzystując chwilę samotności, gdy kapitan wyszedł Aleksander chwycił za telefon leżący tuż obok niego i wybrał ze swoich kontaktach Bena. Tylko on mógł wiedzieć co tak naprawdę mogło się stać w czasie tej niewiarygodnej manifestacji różniącej się od jakiejkolwiek innej, które doświadczył.

Telefon milczał złowrogo. Przyjaciel emanował fanatyzmem do komórek. Musiał mieć zawsze przy sobie, pod ręką. Odbierał błyskawicznie i ogólnie uwielbiał w wolnej chwili korzystać z różnych aplikacji, by się odstresować. Chociaż najbardziej cieszył się z nowej edycji węża, gdy, gdzie wspomniany wcześniej gad zjadał kolejne ofiary, by zwiększać swoją długość. Według jego własnych słów te kilkanaście linijek kodu tworzące grę są epickie.

1 komentarz:

  1. to z tymi grzmotami sformułowanie niezbyt mi pasuje;p

    OdpowiedzUsuń