niedziela, 1 maja 2016

Medium: Rozdział VI (część V)

- I niech trwa ma zguba, że godzę się na taki krok. - poetycko wyszeptał słowa zgody i krocząc powoli obserwował zanikające pomieszczenie. Tuż nad krawędzią nie było już nikogo. Tylko on i rozszalałe wody basenu bardziej przypominające obłąkane fale u brzegu oceanu niż spokojny błękit zamknięty w betonowych ścianach. Zamknął oczy i skoczył.

Zapadła ciemność. Pustka przeraźliwa skryła świat. Tylko lodowaty dotyk na plecach nie dawał mu spokoju. Nie wciągnęło go piekło wód. To było coś innego. Starał poruszać się kończynami, ale ciało odmawiało posłuszeństwa. Obce licho jakby więzienie staczało go do pogranicza cierpliwości. 

Wciąż patrząc się w mrok poczuł ból. Wpierw delikatny, który stopniowo nabierał rozpędu. Uderzenie gorąca gdzieś w okolicach brzucha rozprzestrzeniało się po mięśniach. Nie protestowały wobec ogarniającego cierpienia. Usta chcąc krzyczeć nie poruszały się. Ręce gotowe do walki nie podnosiły rękawic, a nogi stworzone do ucieczki leżały bezwolnie.

Droga cierniowa wydawała się być tak rozległa w swojej okazałości. Aleksander z całych sił starał się poruszyć. Żadna kończyna nie drgnęła. Nawet wtedy, gdy można było z całą pewnością usłyszeć odrywane mięso od kości. Skóra pękała, krew niczym rzeka strudzonych dusz wylewała się z głębokich ran. Kolejne czynności na chwilę ustały. Serce dudniło jak szalone. W desperacji próbowało zmusić nieposłuszny organizm do działania. Wtedy też usłyszał kroki odbijające się od twardej powierzchni. Ktoś chwycił za jego powieki i je otworzył.

Oczy błyskawicznie zlokalizowały swój cel. Był to bez wątpienia mężczyzna ubrany w strój chirurga z białą maską zasłaniającą twarz i z błękitno-jasnym czepkiem zakrywającym włosy. Niebieskie rękawiczki z lateksu trzymały skalpel poplamiony cieknącą krwią czarną niczym smoła. Jasne światło nad głową tajemniczego lekarza raziło go w oczy, ale nie mógł pomimo chęci zamknąć powieki bądź odwrócić wzroku w inną stronę.

- Tak lepiej. - odezwał się nieznajomy przeprowadzający jakąś operację – Proszę o wybaczenie. Zapomniałem tego zrobić. - najprawdopodobniej opisywał czynność, którą przed chwilą zrobił – Ale teraz już mnie widzisz. Doskonale! Chcę, abyś był przytomny. Pragnę, aby ostatnią rzeczą jaką zapamiętasz odchodząc w przerażających objęciach bólu była moja twarz.

Katorga nie ustawała. Ciało wysyłało liczne impulsy oznajmujące o istniejącym udręczeniu. Po chwili zdał sobie sprawę, że kojarzy ten głos. To był Mistrz Marionetek. Jego śpiące zmysły obudziły się z wielkim hukiem. Przerażenie zacisnęło jego gardło. Nie miał dużo czasu, gdy na nowo skalpel wbił się w ciało.

Piekło zawitało na dobre. Tortury ogłupiały zdrowy rozsądek. Każde cięcie, wyrywanie mięśni od szkieletu były doskonale odczuwalne. Łzy dobrowolnie płynęły strumieniami. W przebłysku świadomości, którą tracił z biegiem czasu z utraty krwi zauważył lustro niemalże skryte w blasku lampy. To nie była jego twarz!

- Och. - oznajmił spokojnie mężczyzna – To nie jest puste ciało. - zbliżył twarz do leżącego na stole operacyjnym Aleksandra – Widzę ciebie! - zdjął maskę, ale załzawione oczy cierpiące z bólu nie potrafiły dostrzec charakterystycznych konturów, by rozpoznać napastnika – Witam detektywie. Nie spodziewałem się tutaj ciebie.

Lalkarz odwrócił się na chwilę sięgając po nóż myśliwski leżący na stalowym stoliku tuż obok. Wrócił do poprzedniej pozycji, przechylił się następnie trochę niżej i oparł się łokciami o krawędź stołu operacyjnego. Wyglądał przy tym komicznie. Jego ruchy były wyreżyserowane. Zalatywało w nich dużą dawką kiepskiego smaku i kiczu.

1 komentarz: