sobota, 16 kwietnia 2016

Medium: Rozdział VI (część II)

Pytanie wydało się pruderyjne, niezbyt szczere. Naleciałości sztucznej mowy aż iskrzyły w głosie. Bez trudu tak to zinterpretował detektyw. Ciało odmawiało posłuszeństwa, ale umysł radził sobie doskonale.

- Będziesz tak nawijał? - zażenowanie czuć było na odległość

- Skóra i kości, ciało i umysł. Niczym padlina w karmazynowej dolinie, gdzie wicher gna po licznych mogiłach. Bucha. Fucha! Ogień podniosły. Strzępi myśli, dusza ma rozdarta, ale miecza nie puszczę. Nie puszczę choćby mieli zdjąć ze mnie mięso aż do kości. Podniosły to dzień jak tabun trwogi. Piekło ciemnieje, ha… - głos płynął strumieniem diabelskiej poezji – światło gaśnie, plugawe grzechy tępią twoje zmysły. Powiedz mi wędrowcze, gdzie twój instynkt? Gdzie wiara, trwoga i podłość? - pauzując doniośle, by cisza zalęgła się w każdy kąt pomieszczenia dodał po chwili – Wierzyć w Boga nie musisz. Tu Boga nie ma.

- Niezłe przemówienie. - detektyw starał się ostudzić poetycką atmosferę grozy

- Kim jest człowiek pełen obłudy – wisielec zaczynał się zmieniać wraz z kolejnymi słowami płynącymi w głowie Crana – jak nie ślepcem przygarniającym złe omamy? - ręce wydłużyły się sięgającej teraz palcami u rąk aż do kolan. Same palce wygięły się w nienaturalnym spektaklu bólu – Cześć i chwała, Crane! Cześć ci! Powiadam tobie. - na grzbiecie wyrosły wypustki niczym łuski na smoczej skórze – Musisz się obudzić… teraz! - w tym samym momencie lina zniknęła i poczwara wylądowała na ziemi od razu skacząc na nieprzygotowanego detektywa

Złapał go za koszulę i razem z impetem uderzyli w ścianę. Przebili się z hukiem i znaleźli się ponownie w ramionach bezkresnej ciemności. Wirowali w przedziwnym tańcu zawieszeni w nicości. 

- Nie przeraża cię ta myśl czując się winnym każdego morderstwa jakie widziałeś w swoim życiu? Nie zrobiłeś tego oczywiście, ale sama idea, że nic tak naprawdę nie powstrzymuje ciebie przed tym nie ściska ciebie od środka?

W zwolnionym czasie Aleksander kątem oka obserwował półprzezroczyste sceny namalowane jego umysłem. Pastelowe obrazy przedstawiały dobrze mu znane miejsca zbrodni. Gdzieniegdzie pojawiały się twarze zabójców. Jedni uśmiechnięci od ucha do ucha zatopieni w szaleństwie. Pośród nich było można wskazać i tych, którzy żałowali. Cała plejada gwiazd chichotała coraz głośniej im szybciej kręcili się w powietrzu. Abstrakcyjnie dla detektywa czas wydawał się jeszcze bardziej zwalniać.

Gdy w końcu zignorował rozbłyski przeszłości spojrzał wprost na oponenta. Skrzywił się. Teraz to monstrum przypominało jego brata bliźniaka. Jedyną różnicą między nimi było spojrzenie. U tego prawdziwego z oczu nieśmiało wychylało się zakłopotanie. Natomiast u manifestacji wręcz rozpierała żądza mordu.

- Mógłbyś? Mógłbyś?! - krzyczał klon z całych sił i pomimo tego szelest rodzącego się w wirze wiatru zagłuszał jego słowa – Mógłbyś zamordować człowieka? Potwora? Mnie?!

Szamocząc się w powietrzu Crane starał się odepchnąć od siebie przeciwnika. Jego ręce nie były tak silne jak w rzeczywistości. Dławił się tą bliskością cielesną. Próbował wypłynąć na powierzchnię zanim zabraknie mu tchu. Bił niezgrabnie, licho i jego otwarte dłonie odbijały się o mocarne mięśnie. Szarpał, kopał i z bólu zagryzał zęby.

- Morderca! - zjawa jazgotała, by chwilę potem zostać odepchniętą

1 komentarz:

  1. hm tak myślę że zjawy nie można odepchnąć;p ewentualnie można ją przedmuchać na inne miejsce xd

    OdpowiedzUsuń