poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Medium: Rozdział VI (część I)

Aleksander Crane zawieszony w pustce otworzył oczy. Jego bezwładne ciało wisiało w kompletnej ciemności. Nie mógł poruszyć kończynami. Jego świadomość ledwo przebijała się na wierzch. W takiej pozycji czekał cierpliwie na głos instynktu. Ten jednak nie przychodził. Zamiast niego ból chwytał za kończyny, a ciężki, nierówny oddech niepokoił detektywa. Nigdy nie doświadczył wizji będąc nie w pełni formy.

Gdzieś w nieokreślonej odległości zniekształcone głosy próbowały się przedostać bliżej niego. Urywały się w pół słowie i jedynie ostatnie sylaby niesione tysiącem dziecinnych głosików zrywały okowy ciszy absolutnej.

Nagle poczuł szarpnięcie i runął z impetem na ziemię. Jęknął ściskany przez cierpienie. Z jego czoła spływał mętny pot. Już na początku tej całej fasy czuł przeraźliwe zmęczenie. Próbując wstać zauważył podejrzane drżenie rąk. Jakby nie pił od kilku dobrych dni i organizm wyraźnie walczy z brakiem alkoholu we krwi. Jego dłonie pokryte były bliżej niezidentyfikowanymi bliznami i strupami. Zesztywniałe palce odmawiały płynnych ruchów.

Próbując wstać okręcił się dookoła i wylądował na kolanach. Wtedy przypominał modlącego się muzułmanina. Po trzech głębszych wdechach i zebraniu dostatecznie dużej ilości samozaparcia podparł się dłońmi o powierzchnię. Z całych sił zwalczając przenikliwy ból mięśni odbił się wystarczająco, aby wstać na chwiejne nogi. Momentalnie chwycił się za kolana i na wpół zgięty starał się nie stracić równowagi.

Dopiero, gdy poczuł się w miarę pewnie postanowił się wyprostować. Cud w postaci przeobrażenia z garbatego osiłka w wyprostowanego dumnie mężczyzny stał się faktem. Zanim radość z osiągnięcia przyćmiła całą sytuację fala zimna zwaliła go z nóg. Instynktownie wyciągnął dłoń w bok próbując się czegoś podeprzeć. Ku zaskoczeniu kończyna napotkała drewnianą ścianę. Po szybkim wzbudzeniu zmysłów zauważył, że ciemna próżnia to tak naprawdę niewielki, trochę zapuszczony pokój.

Szybki rekonesans utwierdził go w przekonaniu, że faktycznie stoi w pomieszczeniu gdzie pełno porozrzucanych starych mebli pokrytych solidną warstwą kurzu. Jego twarz zdradzała niezbyt pozytywne uczucia wobec gnieżdżącej się w skórze drzazgi, która ochoczo wbiła się w rękę, gdy ta starała się uratować właściciela od niesfornego upadku. Początkowo Crane obawiał się puścić się ściany, aby nie wylądować z rozmachem na podłodze, ale piekący ból wygrywał to spotkanie w cuglach.

Niechętnie oderwał się od swego zabezpieczenia i chwiejąc się na prawo i w lewo z gracją orangutana próbował wyrwać nieproszonego gościa. Dopiero za czwartym razem zdołał złapać szkraba i cisnąć go w prawą stronę. Drewniany pocisk wylądował nieopodal zasyfionego kominka. Przypominający ciężko skacowanego alkoholika detektyw starał się zachować przytomność, co w jego stanie wcale do łatwych nie należało.

Po chwili zorientował się, że stoi w miarę równo, a jego nogi podtrzymują ciężar całego ciała bez żadnych wspomagaczy. Uczycie absolutnego zmęczenie powoli odpływało z rozkojarzonego portu zostawiając na miejscu wszechogarniające cierpienie, siniaki i bruzdy na ciele. 

W tym samym czasie pewien charakterystyczny dźwięk napiętej, lekko rozhuśtanej liny przedzierał się przez zasieki. Intrygujące tony nut skusiły detektywa, by obejrzał się za siebie. W samym rogu swoje wdzięki prezentował wisielec. Skrępowane nogi i ręce podpowiadały bezczelnie, że to nie mogło być samobójstwo. Tylko czy aby w tym świecie istnieje śmierć dla demonów?

Mężczyzna otworzył oczy. Uważnie przyglądał się swemu gościowi. Poruszając tylko samymi gałkami ocznymi ocenił przybysza od stóp aż po czubek głowy. Delikatnie uniósł kąciki warg do góry. Skrzyżował spojrzenie z Cranem, który mocno sugerował brak jakiegokolwiek odczuwalnego strachu. Mógł przypominać zgrzybiałego w tamtym momencie faceta ledwo trzymającego się na nogach, ale potrafił równocześnie skrywać wygłodniałego lwa schowanego zza oczami.

- Wierzysz w Boga? - Aleksander usłyszał głos zjawy, chociaż ta nie poruszyła ustami – Ludzie są specyficzną rasą. Przestają wierzyć, gdy widzą za mało. Z drugiej strony tracą wiarę, gdy dostrzegają zbyt dużo. - kontynuował swój wywód – Zatem czy wierzysz w Boga jedynego, stwórcę nieba i ziemi, sprawiedliwego wśród sprawiedliwych co poświęcił własnego Syna Bożego, aby zbawić was ode złego? Wierzysz?

1 komentarz: