środa, 30 marca 2016

Medium: Rozdział V (część VII)

Po skończonej rozmowie bez słów Doyle wrócił do gabinetu. Teraz miał pewność. Słowo wyryte na runach śmierci to Norman, Victor Norman! Zaczął szukać w bezkresnej pamięci charakterystycznych miejsc związanych z tą sprawą. 

Domek nad jeziorem kilka kilometrów od miasta. To tam znaleziono ciało. Chatka przypominała bramę do piekieł. Prócz zmasakrowanego trupa do ścian przybite były potężnymi, mosiężnymi gwoźdźmi kruki. Niektóre jeszcze dogorywały kiedy pojawili się policjanci. Dookoła frontowych drzwi wydłubano w drewnie przedziwne symbole zapraszające złe demony na ucztę.

Zatrzymał wspomnienie. Poczuł ucisk na sercu. Był blisko, bliżej niż sądził. Jego oddech stawał się nierówny, ciężki i charczący. To był właściwy kierunek.

Norman nie był wcale niewinnym człowiekiem, który spotkał niewłaściwych ludzi w niewłaściwym czasie i miejscu. Tylko Doyle znał jego brudny sekret. Pomimo spokojnej nocy zza oknem usłyszał grom. Jeden, drugi, trzeci. Nagle poczuł siarczysty deszcz na skórze. Mutując swój głos zaczął podróż w głąb siebie.

Miejsce jest ciemne. Deszcz uderza w przeciekający dach. Budynek ledwo stoi. Nie widzę niczego prócz szarości ścian i pustej przestrzeni. Nie mogę się ruszyć. Coś krępuje moje ruchy. Kątem oka dostrzegam gruby sznur oplatający moje dłonie. Wbija mi się w skórę tak mocno, że aż krwawię. Wiem co się wydarzy. Wiem, że na to zasłużyłem.

Chwilę później tuż po błysku na nocnym niebie zjawili się ludzie w czarnych szatach. Niegdyś bracia i siostry, dziś zakapturzeni mściciele każący mnie za moje tchórzostwo. Sądziłem, że pogodziłem się ze śmiercią. Jednak gdy poczułem ich zimny dotyk na moim ciele coś mnie sparaliżowało. Nie mogłem utrzymać się na nogach. Odmówiły posłuszeństwa.

Nie pamiętam już czy to pot lał się strumieniami z mojego czoła czy też krople deszczu ocierały się o moją skórę. Może jedno i drugie. W tamtej chwili nie miało to znaczenia. Instynktownie próbowałem się wyrwać z uścisku. Szarpałem się, wywijałem na wszystkie strony jak wąż w czasie godowego tańca.

Naskórek ścierał się o betonowe podłoże. Ból nie miał znaczenia. Łzy mimowolnie poleciały po zdrętwiałych policzkach. Tłumiłem emocje rozsadzające wnętrzności. Chciałem krzyczeć, pragnąłem tego, ale pomimo chęci usta nie drgnęły przez całą drogę krzyżową. Tylko grzmoty na horyzoncie przygrywały posępną melodię.

Przeciągnęli mnie przez szpaler stworzony z pozostałych wyznawców. Widziałem ich spojrzenia. Plugawe, niepewne, pełne strachu i narastającego gniewu. Byli idealni dla naszej… waszej sekty. Mnie wykluczyli jak upadłego anioła. Zamierzali mnie wysłać do samego diabła. Miałem siedzieć po prawicy jego. Sądzić grzeszników. Czekać na ich przyjście, by dokonać zemsty.

Posadzili mnie nagiego na prowizorycznym ołtarzu. Nie pamiętam czy ciało drżało z przerażającego zimna czy ze zbliżającej się śmierci. Wiedziałem, że to nie będzie szybka i bezbolesna egzekucja. Miałem być przykładem, widmem straszącym przed zdradą. Jak się potem okazało byłem jedynie posłańcem zagłady. To ja sprowadziłem widzącego, który ujrzał przez piekielne wrota i pozamykał ich wszystkich. Prócz jednego. Jedynego.

1 komentarz:

  1. fajnie że dałeś czas teraźniejszy. super emocje się budują!

    OdpowiedzUsuń