niedziela, 28 lutego 2016

Medium: Rozdział V (część I)

Scott Brown patrzył się z nieukrywanym zdziwieniem na detektywa, gdy ten z rozbrajającą szczerością opowiadał o nocnym zajściu. Musiał być albo głupi albo piekielnie inteligentny przyznając się do wykroczenia. Cała dotychczasowa opowieść miała kilka intrygujących białych kruków, więc czemu Doyle przyznał się do pobicia człowieka? Oczywiście przesłuchiwany policjant nie pisnął ani słowa o nadużywaniu alkoholu. To poniekąd fatamorgana na tle pustynnej walki z Lalkarzem. Nie każdy musiał znać prawdę.

- Muszę zrozumieć twoje postępowanie, twój tok myślenia. - rozpoczął drugą część przesłuchania – Co czułeś w samochodzie jadąc z podejrzanym na komisariat?

Doyle westchnął głęboko, rozciągnął się wyprostowując ręce na boki, potem kierując je w górę i zbliżył się do stolika kładąc łokcie na blacie tuż przy krawędzi. Był trochę zmęczony przymuszonym wywiadem. Chociaż doskonale zdawał sobie sprawę, że sam był winny sytuacji, w której się znalazł.

- Byłem wściekły na siebie. Może trochę za bardzo poturbowałem tego bezdomnego, ale wątpię, aby James miał świadome pretensje do mnie. W końcu to on włamał się do mnie i to on mnie pierwszy uderzył.

- Mhm. - jęknął podejrzliwie nadinspektor – Proszę kontynuować opowieść.




Gdzieś za piętnaście piąta samochód zatrzymał się na parkingu policyjnym. Koledzy mocno chwycili pod ramię podejrzanego i wywlekli go z auta. Zabrali go do pokoju zwierzeń, a Doyle postanowił wypalić jeszcze jednego papierosa zanim postanowił przekroczyć próg komisariatu. Wciąż odczuwał ból w prawej dłoni po piekielnie silnym uderzeniu nią o twarz bezdomnego. Spoglądał się na nią jak lekko drżała.

- Musisz się odstresować? - głos zza linii cieni wybiegł mu na przywitanie

Dopiero po chwili pokazał się w świetle lamp komisarz Gordon Replay wezwany w trybie natychmiastowym. Chyba tylko on z tej całej bandy pseudo bohaterów potrafił się porozumieć z detektywem, który w kręgu nie był zbyt popularną i lubianą personą. 

- Zdążyłem się przewietrzyć zanim radiowóz podjechał. - dowódca pokiwał głową. Domyślał się, że w życiu Doyle to jedna z nielicznych uciech jakie przeżywał.

- Mocno mu przywaliłeś?

Stanęli naprzeciwko siebie, ale nie jako wrogowie czy rywale. Był to przyjacielsko-mentorskie skrzyżowanie spojrzeń

- Raczej nie złoży skargi. - krótko skwitował pytanie

- Wiemy coś o nim?

- Wydaje mi się, że widział naszego mordercę, który rozbawił się po placu zabaw na dobre. - Doyle wyjął z kieszeni pogniecione zdjęcie kukły – To będzie kolejna ofiara.

Komendant pochylił się nad złowrogą wiadomością. On również nie miał wątpliwości co do przeznaczenia przesyłki. Wyrywała się krzycząc szalenie: spróbujcie mnie powstrzymać!

- Jesteś pewien, że to nie jest morderca? - chrząknął niemalże szeptem – Może ta cała sytuacja została przez niego wyreżyserowana?

Doyle wypalił papierosa, rzucił o ziemię i zgniótł pet butem. Główny aktor tego spektaklu wiedział, że scena potoczyła się zgodnie ze wskazówkami reżysera. Jednak był niemal pewien, że tutaj zabrakło czarnego charakteru. Musiał być niedaleko obserwując całe zajście. Przynajmniej liczył na to grając agresywnego, niepanującego nad sobą detektywa.

Między nimi rozgrywała się cicha, niewidzialna dla innych wojenka. Inteligentni, chodzący własnymi ścieżkami mroku psychopaci weszli na ring, gdy jeden z nich zostawił zaproszenie do wspólnej zabawy.

Arthur na karku czuł słodki dotyk wyzwania i chociaż nie każdą sprawę potrafił rozwiązać to podświadomie czuł, że ta sprawa doprowadzi do czegoś wielkiego. Być może to będzie punktem zapalnym do przełomu, do zmian, których potrzebował. I tylko zastanawiał się czy okrzyknięty przez prasę mistrz przygląda mu się uważnie, gdy on rozmawia z postacią poboczną.

1 komentarz:

  1. ciekawe, ale racze bezdomny nie będzie mordercą nie umiałby tak zfingować :D

    OdpowiedzUsuń