poniedziałek, 22 lutego 2016

Medium: Rozdział IV (część I)

Arthur Doyle w oparach papierosowego dymu z wyrzutami sumienia próbował wstać z kanapy. Jego cielsko wydawało mu się być ciężkie i niedołężne. Niedowład kończyn uniemożliwiał mu normalne poruszanie. Podłoga falowała, a żołądek przypominał mu o jego alkoholowym grzechu. Śmierdzący pot spływał z jego czoła, a oczy starały się uchwycić jakiś stały punkt na horyzoncie.

Po szóstym może siódmym niepowodzeniu poddał się namiętnym dotykom Morfeusza. W dzikich myślach wręcz fantazjach można było zobaczyć przebłyski intelektu gdzieś ukryte w cieniach dawnego faceta mającego wszystko pod kontrolą. Nie wiadomo nawet kiedy sytuacja się spieprzyła jak niestarannie budowany domek z kart. Runął kibel zostawiając ślady upadłej cywilizacji.

W samotności detektyw nie przypominał mrocznej zjawy krążącej wśród żywych. Był enigmatyczną satyrą o samym sobie. Może w nocy demony przeszłości zakłócały dysonans poznawczy, a ich zbyt głośny chichot jak echo rozbrzmiewało wewnątrz czaszki.

Niekiedy alkoholowa ballada miała smutny przebieg, gdy obrazy zamordowanych ofiar wbijały się jak małe, rozgrzane igły. Nie sposób zlokalizować konkretnego miejsca. Całe ciało jęczało na swój specyficzny sposób. Sam dobrze nie wiedział czemu tak dziwnie reagował na okazałe symptomy. Może mogiły poległych uczuć szeptały mu do ucha ostatnie tango zmarłych.

W końcu po morderczym boju oczy w druzgocącej porażce wywiesiły białą flagę. Powieki zatrzasnęły się na cztery spusty i nastała błoga cisza. Gdzieś tylko w głębi pomieszczenia nierówne tykanie starego zegara ściennego przypominały o rzeczywistości.

Stary kościół świętej Anny stojący naprzeciwko na dość dużym placu dumnie, może nawet monumentalnie spoglądał na śpiących mieszkańców. Noc była pogodna, chmury nie zasłaniały wystających części księżyca, który z każdą kolejną nocą rósł jak na drożdżach.

Ogólnie okolica należała do spokojnych. Drzewa leniwie zasłaniały miejską dżunglę, tramwaje po północy zapominały o tym skrawku utraconego nieba i tylko złowieszcze gdzieniegdzie pomrukiwania dzikich kotów przeszkadzały w perfekcyjnym obrazie.

W takiej atmosferze pół nocy minęło i gdzieś dopiero przed czwartą rano niepewne szarpnięcia klamki od drzwi wewnętrznych przerwały idyllę. Poniekąd wypoczęty Doyle otworzył jedno oko. Wychylił się półprzytomny znad kanapy obserwując zaspaną gałą ruchomą część. Ta nie przestawała chwiać się na różne strony świata. Ktoś ewidentnie starał się dostać do środka, ale już na pierwsze spojrzenie było widać brak profesjonalizmu.

Obolały i skacowany detektyw w iście heroicznym boju próbował wstać ze swego leża. Próbował przy tym zachować jak największą część ciszy, aby nie wzbudzić żadnych podejrzeń od strony niezbyt dobrego włamywacza. Gdy już złapał równowagę na obie nogi i rozciągnął zesztywniałe kończymy powolnym krokiem zaczął się kierować w stronę wciąż nieugiętych drzwi, które uparcie nie chciały wpuścić tajemnicy do środka.

Gdy już stanął na wyciągnięcie ręki klamka na chwilę ucichła. Doyle nastawił ucho próbując z rozmachem wielkich, literackich detektywów usłyszeć co dzieje się zza przeszkodą. Jakiś mężczyzna ciężki sapał. Nawet niewtajemniczona osoba bez problemu mogła oszacować nerwową atmosferę tuż zza drzwiami.

Po kilku niepewnych momentach niezaproszony gość ponowił próbę sforsowania zamku. Tym razem klamka współpracowała ciut lepiej wydając swe jęki trochę ciszej. Arthur w tym samym czasie stanął w rozkroku i zaciśniętymi pięściami chcą zaskoczyć napastnika. Długo się nie zastanawiał, gdyż charakterystyczny klik oznajmił obu panom, że runda się rozpoczęła.

Drzwi otwierały się do środka. Gdy przechyliły się wystarczająco tworząc szparę z jej wnętrza pojawiła się głowa. Dwa spojrzenia skrzyżowały się. Czas zwolnił. Przerażony złodziej wykorzystał chwilę zawahania i grzmotnął z całych sił drzwiami Arthura. Ten bezwładnie poleciał na ścianę odbijając się od niej i wylądował na podłodze.

1 komentarz: