środa, 3 lutego 2016

Medium: Rozdział I (część V)

Detektyw miał jednak inny harmonogram. Postanowił rozejrzeć się tutaj co było oczywistością, ale w drugiej kolejności zamierzał odwiedzić starego przyjaciela – Bena Clarksona specjalistę od nadnaturalnych manifestacji. To w sumie on nazwał wizje właśnie tym określeniem co pomiędzy ich dwójką przyjęło się bez problemu.

- Otrzymasz całodobową ochronę, bo nie wiadomo do czego jeszcze ten skurwiel jest zdolny. Wystarczy, że sparaliżował pół miasta, a teraz pokazuje, że śliczne wille otoczone wysokimi murami to dla niego żaden problem. I kto do kurwy powiadomił prasę? - Carlon znany był ze swojego ciężkiego języka. Gdy zaczynał nawijać trudno było go zatrzymać.

- On. - poważny, malowany ciemnymi barwami głos Doyla przerwał piskliwy monolog – On ich tutaj sprowadził. Chełpi się intrygą. Uwielbia zastraszać i kocha wyzwania. - osoba postronna z łatwością mogła wyłapać niuanse odróżniające Arthura od całej reszty kręcących się w okolicy mundurowych.

Poważna, lekko zgarbiona sylwetka i nachylona głowa do dołu aż emanowała ciemnością. Nie było w tym nic dziwnego dla detektywa dlaczego to on został wybrany za ostatecznego rywala. Psychopatę może złapać jedynie ktoś podobny, drugi psychopata. Brak empatii, chłodna kalkulacja i staro szkolna dedukcja sprawiały, że był idealnym kandydatem.

- Skąd wiesz? - John wyciszył się i może przez chwilę poczuł się jak młody gówniarz stojący przy długowiecznym mistrzu. Przez moment starał się wychwycić informacje, które doprowadziły jego rozmówcę wydawało się do oczywistych wniosków. Problem w tym, że on sam tego nie potrafił uczynić. Poczuł wewnętrzną gorycz do samego siebie.

- On chce widowiska. Nie bez powodu mnie tutaj zaprosił, by potem zebrać tłum gapiów. To mógłby być ktokolwiek z nas, byleby dodawało to dramaturgii do jego serii morderstw – Doyle nie wierzył w słowa, które wypowiadał. Ta część prawdy była zupełnie inna, ale nie chciał podzielić się z tymi informacjami z Carlonem – To oczywiste, że zwołał dziennikarzy. Ktoś musiał dać im cynk o trupie, a kto nie ma lepszej wiedzy o morderstwie jak sam sprawdza. Będzie nas testował i to nie raz.

- No – przez chwilę, gdy nabierał powietrza do płuc czuł złość, że nie pomyślał o tym samym co detektyw Doyle – masz rację. - Wtedy też dopiero zauważył pewną przypadłość detektywa. Widząc własne zdjęcie podłożone przez Lalkarza nawet przez moment nie wydawał się poddenerwowany zaistniałą sytuację. Jakby wszystko to po nim spłynęło rzeką obojętności. Kim ty do diabła jesteś?; jakby chciał przejrzeć detektywa na wylot. - Więc co zamierzasz zrobić?

Rozmowa się nie kleiła, ale jak miała się potoczyć gadka dwóch obcych sobie osób z dwóch różnych światów? Czuć było między nimi niepisaną niechęć. To nie była koleżeńska nienawiść. To było coś znacznie głębszego lecz niekoniecznie poważniejszego. Taka aura dwóch frontów atmosferycznych.

- Trochę się tutaj rozejrzę jeśli mogę, a potem wrócę na posterunek. Muszę coś jeszcze załatwić. - Doyle spojrzał na trzymane przez niego akta i dodał obojętnym głosem – A z tym zapoznam się już w zaciszu własnego mieszkania. I tak zapewne przez kamienicą miśki będą stały, by zapewnić mi bezpieczeństwo.

- Od tego nie uciekniesz. Hej! - podniósł wyraźnie głos do góry. Najwidoczniej lekkie zażenowanie sprawniejszą dedukcją Doyle przeszło w zapomnienie – W końcu obaj wiemy jak to działa.

- Jak walka z wiatrakami. - dodał bardziej ochoczo Arthur

- Doskonale. Dobra – podał dłoń na pożegnanie – To ja postaram się przesłuchać potencjalnych świadków, a ty tutaj baw się dobrze z naszym – wskazał na leżącego denata – nieboszczykiem

Detektyw w końcu mógł zaznać trochę spokoju. Założył niespiesznie rękawiczki i podszedł do mężczyzny starając się nie zniszczyć już ponumerowane dowody. Chyba tą czynność lubił najbardziej. Zbierać szczątki niedalekiej, lecz brutalnej przeszłości i starać się ułożyć z porozrzucanych sylab historię jak do tego doszło.

Pochylił się nad nieszczęśnikiem. Z łatwością dostrzec można było liczne siniaki i powierzchowne rany. Na szyi natomiast było głębokie cięcie zadane już pośmiertnie. Po dokładniejszym przypatrzeniu się Doyle zauważył ślady duszenie i wywnioskował prawidłowo, że ofiara została zamordowana przez uduszenie, a większość tego cyrku na ciele wykonane zostało już po śmierci denata.

- Po co ci tyle krwi? - wyszeptał do ucha trupowi

Detektyw zastanawiał się gdzie podziała się krew, które została spuszczona z organizmu młodego mężczyzny. Jednak na miejscu zbrodni nie było ani śladu po tym eksperymencie. Zatem mord musiał się odbyć gdzieś indziej.

Na chwilę podniósł wzrok pod sam sufit kierując się stalowymi nićmi aż zauważył przywieszony u górze krzyżak taki sam jak stosują artyści przy pacynkach. Nie bez powodu prasa nazwała mordercę Mistrzem Marionetek.

- Więc co chciałeś mi przekazać tym nieruchowym przedstawieniem? - znów cicho wypowiedział słowa dosłownie rzucone w nieskończoną próżnię

Wyciągnął z kieszeni notatnik i malutki, zgrabny długopis i napisał kilka tajemniczych wersów. Po wszystkich schował pisane myśli z powrotem na miejsce. Wziął głęboki oddech, rozejrzał się po raz ostatni po wielkim holu i gdy nikt nie patrzył zniknął z miejsca jak kanfora.

Doskonale wiedział, że nic nie wydedukuje nowego. Musiał czekać na raport koronera i techników, aby ponownie zastanowić się nad zagadką. Teraz uznał, że ma ważniejszą sprawę na głowie. Koniecznie chciał jak najszybciej odwiedzić swojego, gorzkiego przyjaciela – Bena Clarksona.

Krótka rozmowa ze sztuczną manifestacją Lalkarza nie dawała mu spokoju. To było coś nowego i odkrywczego. Chyba właśnie to wciągnęło go jak bagno. Zatem korzystając z chwili nieuwagi kolegów po fachu opuścił bogatą dzielnicę Heaven City i nie mówiąc nikomu pojechał wysłużonym już samochodem pod właściwy adres.

1 komentarz:

  1. niach niach to było dobre:D szczególnie porównanie układania historii do sylab:D

    OdpowiedzUsuń