czwartek, 10 września 2015

Rytuał

Drzwi niechętnie wpuszczają mnie do środka. Skrzypiąc oznajmiają swoje niezadowolenie. Podłoga lekko się wygina pod moimi stopami. Nieznośne dźwięki zagłuszane są biczowaniem dachu przez siarczysty deszcz. Zaciskam mocniej dłoń na walizce. Czuję jak kilka kropel potu pojawia się na czole. Kreślą koryta nowych rzek. Tworzą z siebie świadków nadchodzących chwil. Nie tylko one mnie obserwują. Gdzieś w cieniach ukryci są nieproszeni goście. Szepczą o mnie. Tak naprawdę, kto tutaj jest właściwie tym nieproszonym powiernikiem?

Wyjmuję starą księgę obdartą przez czas. W latach jej świetności lśniła pośród mroku złotym obramowaniem. Białe niczym kość słoniowa strony budziły lęk wśród ciemności. Dziś przypomina własną karykaturę. Pożółkłe kartki jak zdewastowani weterani wojenni domagają się swego końca. Jednak słowa odwrotnie od ludzi nigdy nie tracą swej mocy. Treść tli się światłem wiecznym widocznym nawet w największej zamieci.

Maluję pierwsze symbole na deskach pośrodku pomieszczenia. Cała posiadłość drży z nadmiaru emocji. Niebezpieczna dawka gniewu i strachu wypełnia powietrze. Coraz śmielej obserwują mnie z ukrycia od czasu do czasu łamiąc granicę cieni. Są jak wilcze stado badające czy ofiara ośmieli się na ostatni akt obrony. Kalkulują, aby w czasie polowania stracić jak najmniej sił. 

Horda się niepokoi. Traci cierpliwość widząc kolejne starożytne symbole ośmieszające ich potęgę. Sztuczny wiatr zrywa się do lotu. Mały szkodnik rozrzuca przegniły kurz do góry. Unosi krzyki zmarłych i stara się zakłócić rytuał. Ochoczo skacze po spróchniałych meblach, by co jakiś czas zaśpiewać przez szpary w drzwiach. Melodia złowieszcza głaszcze zimnym dotykiem moją skórę. Zimny pot obejmuje moje ciało. Oddech staje się niepewny choć myśli jak stary dąb stoją na straży mego sumienia.

Pojawiają się pierwsze sceny pośrodku narysowanego pentagramu. Naga kobieta tańczy otulona złowieszczą mgłą. Staram się dostrzec jej twarz. Kontury głowy zdają się być wyblakłe na tle odpadającego tynku ze ściany. Pokój zaczyna wirować. Otacza mnie, zgniata. Mięśnie naprężają się. Kładę wspomnianą wcześniej księgę w wyznaczonym miejscu. Klnę na ciemność w nieznanym dialekcie. Horyzont zdarzeń kołysze się w prawo i w lewo. Smród nachalnie wdziera się do nozdrzy. Ledwo powstrzymuję się od wymiotów.

Hipnotyczne ruchy biodrami sprawiają, że zbliżam się do halucynacji. Próbuję ją sięgnąć, gdy nagle otwiera swe puste oczy i skacze na mnie. Brudny, szary dym szarpie kończyny. Po części przypominam pacynkę uparcie trzymającą się kantu śmietnika na wietrze. Płaty skóry odrywają się od mięsa. Wiruję w powietrzu równocześnie ściskając jej szyję.

Nagle ona puchnie, wydaje z siebie dziwny bełkot jakby wymieszane losowe litery układały się w tajemniczy krzyk i wybucha z hukiem. Przelatuję pomieszczenie w całej jego długości i uderzam w ścianę. Ta odpycha mnie z obrzydzeniem i upadam bezwładnie na wyniszczoną podłogę. Deski ugięły się pod ciężarem ciała. Byłem pewien, że niektóre z nich pękły pod siłą uderzenia.

W głowie pojawili się goście mroku. Wypełnili oni każdy wolny zakątek moich myśli. Szeptali w diabelskim dialekcie. Starali się rozerwać moje jestestwo na strzępy. Palce u rąk i stóp wyginały się na różne strony. Ból paraliżował niemal całkowicie ruch. Czułem się bezradny przeczuwając kolejną falę grozy.

Kątem oka potrafiłem dostrzec nierównomiernie występujące krwawe rany. Krew sączyła się z nadpalonych mięśni. Skrawki ubrań wtapiały się w rozdygotany organizm. Leżałem w karykaturalnej pozie cały wyniszczony.

Pokój zdawał się być coraz mniejszy. Jakby podduszał mnie i zamykał coraz szczelniej. Czułem jak pękają w oczach żyłki pod ciśnieniem brudno-czerwonej krwi. Powoli traciłem kontakt ze światem. Każda komórka w tym momencie drżała, krzyczała i próbowała popełnić samobójstwo. Głosy były coraz głośniejsze. Jeszcze bardziej nieznośne.

Narysowane wcześniej symbole zaczęły płonąć żywym ogniem. Ciemność ustępowała gorącym językom żaru. Cały dom trząsł się. Pospadały z jękiem niezadowolenia stare obrazy. Gdy uderzały o podłogę rozpadały się w pył. Iskry coraz śmielej poruszały się w rytm szaleńczego tańca. Ciepło niszczycielskiej siły sprawiło, że znów mogłem mówić. Dokończyłem brakujące wersy pośpiesznie. W międzyczasie kości kończyn zaczęły łamać się na różne strony przebijając mięśnie i pozostałą gdzieniegdzie skórę.

Nagle wszystko ustało. Szepty zamilkły, przedziwne pejzaże w mojej głowie rozwiał spokój, a łagodna cisza jak bryza musnęła moje poliki. Zamknąłem przekrwione oczy. Nabrałem wilgotnego powietrza do zmęczonych płuc i poczułem błogi stan uniesienia. Gdy otworzyłem ponownie oczy stałem w tym samym miejscu gdzie położyłem księgę. Westchnąłem ociężale. Rytuał się powiódł. Raz jeszcze odłożyłem wiszącą nad moją przeklętą duszą karę za grzechy zrzucając inne demony do wspólnego domu – piekła.

Bez wyrzutów sumienia odwróciłem się na pięcie, spakowałem do walizki księgę i zniknąłem tuż zza linią horyzontu zostawiając scenę mordu na pastwę losu.

4 komentarze:

  1. świetny klima! Mroczny, siarczysty ognisty:D podoba mi się opis tych przekrwionych gałek ocznych:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To bardzo mnie cieszy to, że się podoba opis;p

      Usuń
    2. no to mi się spodobało:D co brałeś że takie cuda napisałeś?;p

      Usuń
  2. Mrocznie... skąd Ty te pomysły bierzesz? to jest idealne :)

    OdpowiedzUsuń