niedziela, 6 września 2015

Nienawiść

Ciężko będzie w to uwierzyć co mam do przekazania. Sam nie potrafię tego pojąć. Stoję w miejscu gdzie zdrowy rozsądek traci jakikolwiek sens. Jestem na granicy czasu i rzeczywistości. W jednej tylko chwili widzę w tym samym momencie przeszłość, teraźniejszość i oczywiście przyszłość. Obrazy zlewają się ze sobą tworząc abstrakcyjne dzieła przewyższające umysły genialnych malarzy.

Pytanie, które warto w tym odosobnionym miejscu zadać brzmi; co ja tu właściwie robię? Już nie staram się zrozumieć dlaczego w tym całym bałaganie to właśnie ja muszę wykonać ten najważniejszy krok ludzkości. Nie starczyłoby mi słów na opisanie tego wszystkiego. Wydaje mi się, że właśnie słowa są dla mnie tym czym ziarenka piasku dla klepsydry odmierzającej swój własny koniec.

Moja historia zaczęła się jednak gdzieś zupełnie indziej. Byłem młodym człowiekiem żądającym od świata przygód. Nie wyróżniałem się niczym szczególnym. Może tylko moja nadto chorobliwa nieśmiałość powstrzymywała mnie od rozprostowania skrzydeł. Marzyłem, aby pewnego dnia być kimś więcej niż nic nie znaczącym punkcikiem na krajobrazie społeczeństwa. Może właśnie ta wiara zmiksowana z nadzieją zgubiły mnie w labiryncie niezwykłości.

Pewnego dnia wieczorową porą wracałem ze sklepu z zakupami. Jak zwykle idąc samotnymi ścieżkami umysłu zamyśliłem się i tylko w ostatniej chwili zauważyłem trzech stojących ludzi ubranych w przedziwne szaty. Zmuszając swe ciało do wysiłku wyhamowałem tuż przed nimi. Nie wiem kim byli. W tym przedziwnym spotkaniu nie otworzyli ust, chociaż do mojej głowy wpłynął statek pełen słów.

W pierwszej chwili odrzuciłem niespójne idee. Skąd w ogóle pomysł, aby moja nienawiść do świata zrodziła wszelkie zło. Tym bardziej, że według nich moje negatywne uczucia były tak wielkie, że wyrwały się z więzów czasoprzestrzeni i rozrosły się jak chwasty psując przeszłość, i zatruwając przyszłość. Ciężko było mi w to uwierzyć. Tym bardziej, że padło dość niepokojące stwierdzenie. Nie było to spotkanie towarzyskie. Nie chcieli uścisku mojej dłoni. Pragnęli zakończyć moje życie. Chcieli powstrzymać nadciągający armagedon, który i tak już nastąpił.

Jeden z nich wyciągnął dłoń i chwycił mnie za gardło. Poczułem jakby ktoś zakręcił zawór z powietrzem. Nie mogłem nabrać powietrza. Próbowałem krzyczeć, ale usta odmawiały posłuszeństwa. Jakby zapomniały do czego zostały stworzone. Zanim nabrały barwy fioletu moim oczom ukazała się niecodzienne scenka.

Widziałem siebie tak jakby z oddali. Łzy tworzyły dwa równomierne potoki górskie spływające z oczów. Czułem jak serce kołacze, a krew nabuzowana rozpycha wątłe żyły. Z każdym powiewem powietrza, które systematycznie zwiększało częstotliwość drgań potrafiłem wyczuć kłębiące się w tym drugim ciele emocje. Nienawiść przybierała realnych kształtów.

Nie wiem co wywołało tę furię, ale oddziaływała na otoczenie. Ziemia pod stopami zaczęła pękać, chmury zaczęły zasłaniać karmazynowe niebo, a gdzieś w oddali góry klękały ze strachu. Wtedy też ujrzałem jak ciemność rodzi się we mnie i z hukiem eksplozji wylewa się na świat. Razem ze mną wizję widział również napastnik, który momentalnie puścił moją szyję. Miał gotowe rozwiązanie. Nie śmierć, a moja decyzja może odmienić wszystko.

Więc zostałem wysłany, aby powstrzymać siebie, gdy po raz pierwszy poczułem gniew. Dziwnie tak stać tuż przy granicy wszech rzeczy wiedząc, że zło całego istnienia pochodzi ode mnie. Nie potrafię opisać tego co czuję w tej chwili. Biliony bilionów myśli jak małe rozgrzane igły wbijają się po tysiąckroć w każdą komórkę mego ciała. Ból prawdy najprawdopodobniej mnie zabije. Pomimo lęku zrobiłem krok do przodu i wróciłem na chwilę do świata pierwotnego, gdzie wszystko się zaczęło.

Uroniłem łzę...

Moje wnętrze przepełniło się smutkiem. Gorycz jak tsunami zgasiła emocje. Stałem w pełnym zrozumieniu. To nie moja nienawiść podarowała światu zło. Jedynie dała mu imię. To właśnie wtedy, gdy zrozumiałem, że świat jest nędzny mój gniew bezsilności rozbił wszelkie bariery. Wyrwał się jak wściekły pies i popędził przed siebie. Jak grzeszny żałobnik powędrował w każdym realnym i nierealnym kierunku. Zwiedził każdy zakątek czasu i wrócił do mnie jak niechciany bumerang. Upadłem na kolana i raz jeszcze zapłakałem nad swoją bezsilnością. Pesymizm okazał się jedyną drogą prawdy. Wtedy też, tak jak zapowiedziałem wcześniej, umarłem.

1 komentarz:

  1. nastrój Twego dzieła idealnie odzwierciedla moje nastawienie po dzisiejszym dniu w robocie..

    OdpowiedzUsuń