piątek, 28 sierpnia 2015

Ballada o Mike'u

Mike był skulony w kokon pośrodku niewielkiego pokoju, gdzie w jednej dłoni trzymał naładowany rewolwer, a drugą wycierał łzy płynące jak silny potok górski. Przeklinał wszystkich świętych, rzucał mięsem na lewo i prawo. Próbował odczarować swój zły los, ale w głębi serca wiedział, że nie można podnieść leżących ziarenek piasku w klepsydrze. Przed egzekucją dzieliło go tylko kilka pięter i strome schody jakie musieli przebyć ludzie Grubego Tony'ego.

Wielokrotnie widział jak ci goście bez mrugnięcia okiem obcinają komuś dłonie czy łamią kolana za drobne przewinienia. Tylko na samą myśl szczęka nerwowo zagryzała wargi. Nikt bowiem nie okrada szefa mafii, tym bardziej jego były księgowy. Pomimo okropności jakie widział na własne oczy Mike spróbował spełnić nierealne od samego początku marzenia i zostać „kimś”. Nie chciał być tylko zastraszonym popychadłem liczącym każdy grosz dla pana Dinozo. Marzenia podobno uskrzydlają. Podobno...

Co miesiąc odkładał niewielkie sumy na swoje prywatne konto, by któregoś dnia rozpłynąć się jak kamfora na wietrze. Chciał być jak magik, który w kulminacyjnym momencie podrzuca płachtę i znika w blasku fleszy. Przecież jeszcze trzy dni temu spacerował palcem po mapie w poszukiwaniu utraconego raju.

Może Brazylia? Nie – powtarzał sobie w duchu – nie znam portugalskiego i trzeba słono płacić za ochronę. To nie dla mnie. Wenezuela? Raczej nie. Tam jest jeszcze bardziej niebezpiecznie dla białych twarzy nieznających tamtejszej hierarchii. Więc może gdzieś dalej? Jakieś wyspy tropikalne? - kochał te podróże we własnej głowie.

Potrafił tak spędzić pół dnia rozmyślając i niewinnie wykłócając się sam ze sobą o nowe miejsce zamieszkania. Sen na nieszczęście szybko zmienił się w koszmar. W obecnej chwili jego głowa była pełna przerażających myśli, które chciały wyrwać się z tego zbliżającego się piekła. Szlochały jak niewiasty odprowadzające swego pana na ukrzyżowanie. To z całą pewnością nie mogło się skończyć dobrze.

Powód tego całego zamieszania był banalny. Prowizoryczny. Marzenia popchnęły go w nieznane. Kłamały, że inteligencją da się ugrać kawałek tortu w tym oceanie pełnym rekinów. Wystarczyło jedno zadrapanie, jedno potknięcie, ale krwiożercze drapieżniki wyczuły krew. Tony Dinozo był skurwysynem, który zbudował swoje imperium na trupach ludzi. Fundamenty trwalsze od spiżu.

Strach przed tym diabłem nie był wcale groteskowy. Legendy niejednokrotnie bladły przy faktycznych wydarzeniach. Raz szef mafii wydłubał oczy swojemu ochroniarzowi, bo ten w lubieżny sposób spojrzał się na kochanice cesarza. Innym razem kazał swoim ludziom amputować stopy i dłonie mężczyźnie i przyszyć w zmienionej kolejności tylko dlatego, że ten wymyślił niezbyt przekonującą bajkę o tym dlaczego nie przyniósł jak posłuszny pies miesięcznego haraczu.

Mike o tym pamiętał. O wszystkim pamiętał, ale i tak skosztował zakazanego owocu. Szare dni odeszły bezpowrotnie. Liczby, tabelki straciły swego kochanka. Zamiast pięknych kobiet na horyzoncie pojawił się tajfun, który niszczył wszystko co napotkał. Przez jedną decyzję nasz księgowy również znalazł się na drodze tego potwora.

Usłyszał pukanie do drzwi. Klamka zaskrzypiała jak ladacznica w czasie brutalnej orgii. Chwiejąc się na cztery strony świata Mike podniósł się z podłogi. Uniósł rewolwer, poprawił okulary na nosie i zaczął recytować półprzytomnie paciorek, którego nauczyła go kilkanaście lat temu jego babcia.

- O, Mike! Jesteś tam? - jeden z wędrownych demonów szyderczo witał się z ofiarą – Mike, jesteś tam? - kontynuował dobrze się przy tym bawiąc – Chcemy z tobą tylko pogadać. O, Mike! - zawsze zaczynało się niewinnie. Problemem było to, że w tym miejscu nie ma niewinnych ludzi bez skazy

Drzwi niemal nie wyleciały z futryny kiedy otrzymały siarczyste kopnięcie. Tuż zza nimi objawiło się trzech posłańców ze spluwami i wymalowanymi uśmieszkami. Przypominali upiory drwiące z ludzkiego strachu. Przerażali. Paraliżowali samym wyglądem.

Czas jakby się zatrzymał malując koszmarny pejzaż. Trzy kule przeszyły powietrze od strony Mike'a. Jedna bezlitośnie wbiła się w ścianę tuż zza plecami napastników. Dwie kolejne były skuteczniejsze. Pierwsza z nich trafiła w prawe ramię Tomasa. Nim zdążył wykrzywić twarz spowodowany bólem jego partner umarł, gdy kilka gram ołowiu zgasiło płomień życia penetrując czaszkę.

Chwilę później rozległa się seria z półautomatu. Kilkanaście srebrnych żołnierzyków wdarło się w ciało księgowego. Jego ciało niemal w tym samym momencie co drugiego zmarłego uderzyło o podłogę. Śmierć podskakiwała z radości zbierając swoje żniwo. Nie było szczęśliwego zakończenia. Nie był też bohaterem. Stał się anonimową ofiarą jakich pełno w tym brudnym świecie. Marzył o byciu „kimś”, a umarł jako „nikt”.

3 komentarze:

  1. powiało dreszczem gdy tak doszłam do frazy o radosnej śmierci podskakującej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My giniemy, a śmierć tańczy z radości. Cóż takie koło życia. I cieszę się, że powiało trochę grozą ;)

      Usuń
    2. w sumie masz rację:) jakbyśmy tylko radośnie żyli i paśli brzuchy swe by było nudno dla śmierci xd

      Usuń