środa, 31 grudnia 2014

Mrok

Długo na odpowiedź nie musiałem czekać. Tandetny dzwonek telefonu rozbrzmiał po pomieszczeniu. Nie zdążyłem nawet wyjść z tego przeklętego gabinetu, gdzie w tamtej chwili prowadziłem krucjatę z własnymi myślami. Tekst wiadomości był wyblakły z emocji. Mój „mentor” podał jedynie miejsce spotkania. Było coś niepokojącego w lokalizacji, miejskie doki daleko od błąkających się po ulicach przypadkowych świadków.

Zanim przetrawiłem informacje, od których moje głowa napuchła znów komórka zajęczała. Informator chciał spotkać się dzisiaj w nocy. Nie chciał czekać ani chwili dłużej. Poczułem niepokój i zarazem zaciekawienie. Co sprawiło, że przestał się bawić w szachowe rozdanie i chce wyłożyć karty na stół zanim zdążyłem sprawdzić jego rękę?

Na pięcie zatoczyłem półkole i skierowałem się do wyjścia. Chciałem poznać prawdę o swoich wizjach, o swojej rodzinie i największych grzechach tego felernego miasta. Haven City zbyt długo trzymało brudy w ukryciu. Ktoś musiał w końcu pęknąć i wylać te ścieki w miejscu, gdzie cały świat mógł patrzeć. Nigdy nie chciałem zostać bohaterem mediów, ale jeśli to jest mi pisane to przyjmuję z ochotą los.

Wtedy też nie zdawałem sobie sprawy z konsekwencji mojego wyboru. Człowiek chyba zawsze zapomina starą jak świat zasadę akcja równa się reakcja. Czym bardziej drastyczna zmiana otoczenia tym większa i boleśniejsza odpowiedź. Jednak nie trudno się gdzieś zapodziać w świecie, w którym jesteśmy oszukiwani na każdym kroku.

Każdy z nas pewnie słyszał legendarne już słowa, aby być sobą. Tylko nikt nam nie mówi, że mówiąc ten zwrot osoba oczekuje, że będziemy tacy jakimi rozmówca nas sobie wyobraził. Społeczeństwo jest pełne hipokryzji, obłudy i cynizmu. To nie tak, że widzę samo zło. Tam gdzie człowiek nie postawił jeszcze nogi tam wciąż jest dobro. To my jesteśmy czynnikiem dewastującym niewinność i to bez żadnej pomocy od sił nieczystych.

Zebranym przy stole osobom powiedziałem, że muszę na chwilę wyjść i ochłonąć. Niech się zastanawiają o czym ze sobą rozmawialiśmy, ja i mój ojciec. Nie zapomnę też tej poważne, trochę nierealnej twarzy tatusia. Jakby nie nie ufał mi i moim decyzjom. Stał na rozdrożu i nie wiedział, w którą stronę ma się udać. Prawdę mówiąc sam nie wiedziałem.

Podróż minęła stosunkowo szybko. Taksówkarz wyrzucił mnie w zapomnianej części doków. Jedynie wiatr hulaj w najlepsze i brakowało jedynie wysuszonej rośliny turlającej się tam i z powrotem jak w starych, dobrych westernach. Noc była spokojna. Może właśnie ta cisza potęgowała uczucie niepewności. Miałem w pewnej chwili myśl przewodnią, że popełniłem największy błąd mojego życia. Niewiele się pomyliłem.

Zanim rozum został pochłonięty wątpliwościami zjawił się mężczyzna. Wciąż nie potrafiłem dostrzec jego twarzy. Zwinnie chował się za paradą cieni. Podszedł do mnie pewnym, długim krokiem trzymając dłonie w kieszeniach spodni. Blade światło padające z przestarzałych lamp tworzyły spektakl jakbym widział samego diabła wyłaniającego się z otchłani. Jakby sam mrok wyginał się przy konturach jego ciała. Fascynująca jest moc wyobraźni.

Podszedł tak blisko, że w końcu mogłem rozpoznać go. Osłupiałem. Migawki starego życia zaserwowały mi niespójny obraz niepokoju. Gdzieś w czeluściach umysłu znam tę twarz. Lawina zdarzeń zaczęła łączyć jego głos, twarz i posturę z portretami uwiecznionymi we wspomnieniach. Drgnąłem i robiąc krok do tyłu zesztywniałem. To niemożliwe!

- Wreszcie mnie rozpoznałeś. - rzekł triumfalnym głosem – Żeby nie było żadnych wątpliwości pozwól, że się przedstawię. Ludzie mówią na mnie... Znachor. Mamy wiele do obgadania panie Knight. Wiele rzeczy zmieniło mój punkt widzenia i chciałbym się podzielić z tym ciężarem z tobą.

- Dlaczego ze mną?

- Wiele z tego co się dowiedziałem łączy się z tobą i z tym miastem. Jesteś jak wisienka na torcie wśród szaleńców. - gdzieś już słyszałem to powiedzenie. Sytuacja wydawała się być iluzją, kolejną igraszką chorego umysłu. - Ciężko uwierzyć, że niektóre fakty przypominają wręcz opowieści ze starych legend.

- Mógłbyś jaśniej? - powoli dochodziłem z szoku jakiego doznałem. Cios był na tyle skuteczny, że pozbawił mnie pewności siebie

- Gabrielu, wizje, które doświadczasz są prawdziwe. - wyjął poniszczony notatnik spod kurtki – Musisz wiedzieć tylko jedno... - huk zagłuszył ostatnie słowa. Krew prysnęła mi na twarz przysłaniając widoczność. Nastał prawdziwy zmierzch. Katatoniczny dźwięk sprawił, że straciłem poczucie czasu i miejsca. Wszystko wydawało mi się jakby działo się w zwolnionym czasie.

Jego martwe ciało leciało wprost na mnie. Ciężar przygniótł mnie do zimnego chodnika. Czerwona maź spłynęła na mnie. Topiłem się w miniaturowym morzu grozy. Dopiero po chwili łapiąc przy tym ciężko powietrze zdołałem odepchnąć Znachora. Mijają kolejne cenne sekundy zanim jestem wstanie poskładać wszystko do kupy. Widzę raną postrzałową. Strzelec był wyborowy, bo trafił niemalże idealnie w serce. Śmierć nastąpiła niemal natychmiast.

Zapadł mrok w moich myślach. Ogłupiony zdarzeniem stałem tam jak kaczka na strzelnicy. Jednak nie było drugiego strzału. Zamachowiec miał powstrzymać moje źródła informacji, ale mnie nie. Czemu? Czemu nie mnie?! Musiałem opanować emocje, które przerodziły się w nawałnicę niszczącą mnie od środka. Podniosłem zaplamiony notatnik i gdy go dotknąłem ujrzałem coś fascynującego. Mój koszmar dopiero się zaczynał.

2 komentarze:

  1. morze grozy spłyneło na mą duszę gdy se wyobraźiłam tego trupa we krwi niach niach :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Brrrrrr!!!
    A było tak blisko rozwiązania...

    OdpowiedzUsuń