poniedziałek, 15 grudnia 2014

Grzechy ojca (2/2)

-Cóż za niemiła niespodzianka. - odrzekłem sarkastycznie odsuwając się od sejfu, do którego i tak nie znałem kodu

Obaj dobrze wiedzieliśmy, że ta konfrontacja jest nieunikniona. Jednak żaden z nas nie mógł przypuszczać jak się ona potoczy. Ojciec doskonale zdawał sobie sprawę, że stoi przed nim dobrze wysportowany mężczyzna, który nie darzy do szacunkiem. Tak, nie miałbym skrupułów, aby rzucić się do gardła i ścisnąć tak mocno, by zobaczyć fiolet na jego twarzy.

-Mój własny syn szpieguje mnie. Zabawne sytuacja. - podszedł kilka kroków w moim kierunku. Wyrafinowanie obserwował moją reakcję. Był ciekaw jak zareaguje, gdy nasze ciała będą dzielić jedynie centymetry szorstkiego powietrza.

Pochyliłem głowę do przodu bacznie spoglądając na oponenta. Sytuacja przypominała zimną wojnę między Związkiem Radzieckim a Stanami Zjednoczonymi. Jeden zły ruch mógł się skończyć otwartym konfliktem. Potrafiłem wyobrazić sobie cały przebieg bitwy. Zwinnym, niespodziewanym ruchem uderzam z całych sił w jego pysk. Jednak ten nie upada na ziemię. W szybkiej kontrze otrzymuję siarczysty cios w brzuch. Twarz wykrzywia się w poetycznej pozie bólu.

Naskakujemy na siebie i wymieniamy uderzenia. Pięści fruwają jak szybowce z papieru, a nogi uginają się pod ciężarem zażartości. Każdy z nas miał tak wiele do powiedzenia drugiej stronie. Mowa ciała okazała się być idealnym rozwiązaniem. Wtedy jeden z nas zyskałby przewagę. Najprawdopodobniej to ja bym dźwignął go i rzucił o biurko. Dokumenty podskoczyły by z zachwytu i opadły jak przedwczesny śnieg.

Znając życie do pomieszczenia wbiegliby inni domownicy i zastali nas w nietypowym tańcu krwi i potu. Ciężko byłoby wytłumaczyć im dlaczego okładam swojego ojca gołymi pięściami z tą iskrą w oczach. Gniew jeszcze dobre parę minut rządziłby moim sumieniem. Przypominałbym bardziej byka, który tym razem zatriumfował nad aroganckim człowiekiem, który chciał w imię przedstawienia upokorzyć mnie.

Jednak nic takiego się nie wydarzyło. Nasze spojrzenia skrzyżowały się. Napięta atmosfera rozładowała się, gdy usłyszałem charakterystyczne tyknięcie otwieranego sejfu. Ojciec zrobił wtedy trzy kroki do tyłu i uwolnił moją prywatną przestrzeń. Tego się nie spodziewałem.

-Uważasz, że to ja zleciłem zabicie pana Rodgersa? - uderzył w czuły punkt. Nie czekał jednak na moją odpowiedź. - I być może to faktycznie ja przyczyniłem się do jego śmierci. - moja pewność siebie została złamana przez jego szczerość. Czy to przyznanie do winy? A może ta cała sprawa była bardziej skomplikowana?

-Sugerujesz, że zleciłeś jego morderstwo?

-W pewnym sensie tak. - ty chyba sobie żartujesz? - Nie bezpośrednio, ale być może z mojej przyczyny musiał umrzeć.

-Możesz to wytłumaczyć?

-Nie wiem kto ciebie wynajął, ale ten ktoś wie dużo więcej niż tobie się wydaje. Moja rywalizacja z nieboszczykiem o Azyl wywołała lawinę w Haven City. Część wpływowych ludzi poparła jego, a część mnie. Te szachy miały potrwać dobre kilka lat zanim jedna ze stron powiedziałaby „szach-mat”.

Brzmiał przekonująco. Jednak nadal zastanawiałem się czemu z taką łatwością próbuje wytłumaczyć się przede mną.

-Możesz przejrzeć wszelkie dokumenty w sejfie jeśli mają ciebie przekonać do mojej racji. Nie wiem kto zlecił zabójstwo, lecz wiem kto tego dokonał i dlaczego właśnie on. Wszystko po to, aby powiązać mnie ze śmiercią Rodgersa.

-Znachor... - znałem reputację tego gościa. Morderca na zlecenie. Nigdy nie miałem dowodów, że pracował dla naszej rodziny. Nie byłem pewien czy nawet istnieje aż do dzisiaj. Znany był z tego, że jego ofiary nie można było odróżnić od prób samobójczych. Czemu wcześniej nie skojarzyłem tych faktów?

-Kilka lat temu przeszedł na emeryturę. Jednak kilka tygodni temu się odezwał. W dniu pogrzebu ktoś przysłał mi list ze zdjęciem martwego znachora. Ktoś poluje na grube ryby tego miasta. Nie wiem kim jest i dlaczego to robi.

-Czemu mi to mówisz?

-Bo pomimo naszych relacji nie chcę, aby mój syn uważał, że jestem mordercą.

-W tej sytuacji? Przecież właśnie potwierdziłeś, że pracował dla ciebie znachor!

-W tym mieści, aby upierdolić skurwysyna trzeba zatrudnić skurwysyna. Myślisz, że drogą sądową rozwiązuje się tutaj napięte sytuacje? Korupcja przeżarła kręgosłup moralny tego miasta i albo się dostosujesz albo będziesz wąchał kwiatki od spodu. Robił wszystko, aby uchronić tą rodzinę. Jednak w sprawie tego zdarzenia jestem czysty.

Po tych słowach opuścił pokój zastawiając mnie z moralnym kacem. Stałem przez dłuższą chwilę wciąż sponiewierany przez słowa ojca. Czarna księga rodziny Knight stałą się jeszcze grubsza niż była, a ja musiałem podjąć decyzję. Chwyciłem za telefon i napisałem wiadomość: znachor.

*********
W końcu po miesiącach przygotowań, zbierania materiałów o własnym uniwersum ruszyłem z pisaniem mrocznego fantasy. Trzymajcie kciuki, bo to powinna być większa petarda niż sam Michael Knight!

3 komentarze:

  1. nie lubię tego typu konfrontacji psychicznych... są chyba gorsze niż takie rękoczyny :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I dlatego zamiast rękoczynów wybrałem tą gorszą opcję;p

      Usuń