niedziela, 9 listopada 2014

Nigdy już

Po burzliwej rozmowie telefonicznej z Arizoną przyszedł czas na wieczór. Zgodziłem się na rodzinne spotkanie wraz z moją ukochaną. Już teraz tego żałowałem. Myślicie zapewne, że mając chwile czasu dla siebie przejrzę materiały zebrane na temat śmierci radnego. Był to bez wątpienia jeden z najbardziej wpływowych ludzi w mieście. Jednak już samo zachowanie policji i dość szybkie zamknięcie sprawy było co najmniej podejrzane. Niestety, gdy zapadł zmrok moje demony wróciły.

Wpierw krótkie dźwięki jak wstęp do horroru. Serce zatrzymuje się i zbliża się do klatki piersiowej. Nasłuchuje razem ze mną pierwszych nut złowrogiej symfonii. Ktoś jakby przebiegał koło mnie zbyt szybko, żeby moje oczy mogły dostrzec chociażby kontury napastnika. Zerkam przez ramię wypatrując niemożliwego. Za każdym razem jest coraz bliżej zesztywniałego ciała. Staram się skupić, lecz szum w głowie w postaci tysięcy szeptów na to nie pozwala.

Potem słyszę kroki. Niekiedy odgłos przypomina niezdarnego mężczyznę starającego zajść mnie od boku. Bywa też tak, że jestem pewien, że to tupanie malutkich nóżek dziecka szukającego wyjścia z tego ponurego labiryntu. Wiem, że to wszystko siedzi w mojej głowie, lecz niekiedy ta katatonia zdarzeń wygląda na tak prawdziwą, że obawiam się o własne życie. Głupie, że dźgany wielokrotnie tą samą halucynacją nadal wierzę w prawdziwy ból aż do samego, wielkiego finału.

Dzisiaj natomiast jest coś niepokojącego. Innego. Przez moment nie rozpoznaję dźwięków. Nie są ludzkie jakby właściciel ich ważył niewiele. Sam zapewne też do olbrzymów nie należy. Kim jesteś zjawo, która ma czelność mnie odwiedzać w czasie mych najciemniejszych chwil? Odwracam się błyskawicznie, gdy czuję niewyraźny dotyk na szyi. To nie była dłoń.

Dziurawa jak sito wyobraźnia znów zabiera mnie w podróż chociaż wie, że wolałbym zostać w tej brudnej rzeczywistości. Nic tak nie trzyma przy życiu człowieka jak stały grunt pod nogami. Chociaż budowany od dzieciństwa zamek z piasku rozpadałby się na naszych oczach to wciąż jest to pewniejsza sytuacja niż stąpanie po kruchym lodzie w samotności.

-Mów, jak zwą cię na plutońskim brzegu czarnych nocy mórz? - zimny pot pojawił się na czole. Tego jeszcze potwory nie grały. Co się zmieniło, że nagle po miesiącach trwogi zdecydowały się do mnie odezwać cytując mojego ulubionego autora?

Nagle usłyszałem zza pleców jak demon przysiada na nocnym stoliku niczym ptak. Pewny byłem, że to kruk. Gdy ujrzałem stwora przyglądającego się mojej lichej posturze uśmiechnąłem się posępnie. Miałem rację. Kruk czarny, tajemniczy siedział otoczony przez cienie. Król znalazł tron. Chciałem podejść, zbliżyć się, obserwować swoją fantazję z bliska, lecz zanim wykonałem swój ruch rzekł trzymając się skryptu:

-Nigdy już!

Poderwałem się znad ziemi i zniknął w ciemnościach hotelowego pokoju. Zdębiałem. Osłupiałem. Czy to prawda? Czy to kłamstwo? Widzę wszak kruka gapiącego się we mnie. Oderwany od życia pochwyciłem satyrę. Kolejna ballada zaprowadziła mnie na półkę gdzie dwie nieznane mi książki opierały się wspólnie o siebie. I tam też dostrzegłem przyjaciela. Czarna eminencja z diabelskiego dworu ukłoniła się jakby przyjmowała nieśmiałego panicza na audiencje.

-Przyjaciele opuścili mnie wśród burz. I on też za dniem mnie rzuci, jak Nadzieje pośród burz. - jego głos jak lawina ignorowała zdrowy rozsądek. Nabierała prędkości i zabierała nieszczęśników wprost do moich wnętrzności. Cytaty rozpraszały się wewnątrz mnie. Komórki drgały z fascynacji i przerażenia. Tak szybko postępuje moja choroba? Może to przedstawienie miało głębszy sens?

Zastukał dziobem dwukrotnie szukając u mnie podziwu. Tępym wzrokiem śledziłem każdy ruch stwora koszmarnego. Wyginał prawdę tworząc majestatyczne wizerunki szaleństwa. Bańka mydlana, którą ludzie nazywają rzeczywistością w ekstazie obłędu eksplodowała barwami złudnego szczęścia. Jak ćpun w amoku chciałem więcej. Chciałem poczuć, wiedzieć czy wiara w wizję może być prawdziwa.

Sięgnąłem dłonią w ciemność. Poczułem na skórze jej dotyk. Był zimny aż włosy stanęły dęba. Była niechętna do współpracy. Czym bliżej byłem u celu tym zdawało mi się, że czas spowalniał, aby zostawić mnie w pozie karła, któremu zabrakło kilka centymetrów do szczęścia. Zawahałem się i to był mój błąd. Niecodzienny gość pochwycił w locie leniwy kurz z półki i przepadł bez śladu.

-Nigdy już! - orzekł na do widzenia.

W tym całym durnym przedstawieniu o czarnej magii coś mnie niepokoiło. Słowa utkwiły w głowie człowieka, który tak jakby wynajął mnie do zbadania okoliczności śmierci radnego. Ciekaw jestem czy grał melodię obłudy, a może rzeczywiście niczym jak w każdej legendzie jest ukryte ziarno prawdy, że to nie schizofrenia, a ja nie oszalałem.

Zanim pochwyciłem w dłoń akta, które wcześniej sobie przygotowałem kończąc tę baśń dopowiedziałem sam sobie słowa mojego mistrza literatury. Są złowrogie, przepełnione ciemnością i posiadają odpowiednią moc, by zakończyć ten rozdział nim kurtyna dotknie skrzypiącej podłogi. „Krwawo lśni mu wzrok ponury, jak u diabła spod rzęs chmury Światło lampy rzuca z góry jego cień na pokój wzdłuż, A ma dusza z tego cienia, co komnatę zaległ wzdłuż, Nie powstanie – Nigdy Już!”

---------
W opowiadaniu zostały użyte fragmenty wiersza "Kruk" Allana Edgara Poe w przekładzie Zenona Przesmyckiego.

5 komentarzy:

  1. bym się zesrała jakby mnie cos takiego w nosy spotkało/nawiedziło... brrrrr

    OdpowiedzUsuń
  2. o chwała CI że dbasz o nasze kiszki stolcowe :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Po dwóch pierwszych zdaniach liczyłam na jakiś słodki wieczór :D Hehe, nie no żartuję, wiem, że u Ciebie tylko strach i groza :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobrze, że czytam to przy świetle dnia bo bym miała problemy ze snem.

    OdpowiedzUsuń