niedziela, 26 października 2014

Powrót do Haven City

Haven City od małego kojarzyło mi się z piękną architekturą ukazującą wspaniałe posągi aniołów. W dzień można było się zatracić na ulicach tego miasta pomimo spoglądających na ciebie z góry gargulców. Noc to już zupełnie inna bajka. Wtedy ukazywała się prawdziwa twarz upadłego, skorumpowanego miasta. Spróchniałe kręgosłupy moralne pękały pod naporem najmniejszej sumy schowanej w białej kopercie.

Jeśli miałeś pieniądze mogłeś tutaj kupić wszystko i wszystkich. Po rzekomej rewolucji w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia mafie przestały istnieć. Nie była to jednak prawda. Dżentelmeni po prostu założyli nowe szaty i jak królowie do tej pory rządzą miastem. Aż boję się spoglądać na przeszłość swojej rodziny, która do świętych nie należała. Niestety nie znam szczegółów, które doprowadziły do rozkwitu rodziny Knight. Nigdy w sumie nie poznałem swojego dziadka, Michaela.

Znam tylko urywki legend tak bardzo nieprawdopodobne, że traktuję te historyjki jak dobra bajka na dobranoc. Nie oszukujmy się, rzadko kiedy można usłyszeć w dzieciństwie o rosyjskich kontaktach, praniu brudnych pieniędzy nie wspominając już o narkotykach. Może też dlatego dorastając pod cieniem swojego nazwiska zrezygnowałem z miasta, rodziny. Rzuciłem to cholerstwo w najdalsze zakątki piekieł i postanowiłem na przekór zdrowemu rozsądkowi zostać prywatnym detektywem zamiast dobrze opłacanym adwokatem.

Nie pytajcie dlaczego. Taka fantazja buntowniczego chłopca. Nie zajmowałem się wielkimi sprawami, które umożliwiłyby mi wybycie się na dość złowrogim rynku pracy. Jednak zawsze trzymałem się z daleka od Haven City. Miasto było na mapie jak czarna dziura, które lepiej podziwiać z daleka. Niestety następują w życiu pewne komplikacje, na które nie mamy żadnego wpływu. Nie sądzę, że to karma ścigająca mnie za młodzieńcze grzeszki. W przeznaczenie też nie wierzę. Nieszczęśliwy splot wydarzeń spowodował, że zapamiętam ten jesienny poranek 20 października 2012 roku.

Siedziałem wtedy w gabinecie lekarskim naprzeciwko przyjaciela, który jednocześnie był moim sekretnym doktorem. Już od chwili, gdy wszedł wiedziałem, że coś jest nie tak. Nigdy nie był dobrym aktorem - może dlatego wybrał się na medycynę. Nie licząc tego, że był cholernie inteligentny i potrafił wybaczyć przeszłości. Nie to co ja, 24 letni ledwo wiążący koniec z końcem uparty osioł.

-To ile mi zostało doktorku? - nigdy nie byłem taktowny. Zacząłem jako młody szczyl pyskować nauczycielom. Wtedy też pewnie nauczyłem się radzić ze skutkami mojego niewyparzonego jęzora. Jeśli masz zbyt szczery język to musisz mieć twardą dupę.

-Przecież od tego się nie umiera. - odparł poważnie jednocześnie poprawiając okulary na swoim nosie. Zacząłem stukać palcami o swoje udo. Nie byłem też dobry w czekaniu. Lubiłem, gdy dobre jedzenie podaje się szybko. Czas jest cenny, dla mnie od teraz jest jeszcze bardziej wartościowy.

-W pewnym sensie tak. - domyśliłem się diagnozy. Nie bez powodu słyszałem w głowie głosy, widziałem osoby, których faktycznie nie ma. To była schizofrenia. Dokładnie to nie wiem, prawdę mówiąc wyłączyłem się jak Jeff tłumaczył mi moją wersję kata umysłu. - To ile zostało mi przed tym jak całkowicie stracę kontrolę nad własnym ja?

-Ech - chyba był zmęczony moją osobą. Nie mam mu tego za złość. Wiedziałem doskonale jaki jestem. Ciężko ze mną wytrzymać. Aż dziw bierze, że taki skurwysyn jak ja potrafi zatrzymać przy sobie kobietę. Ta to miała cierpliwość do mnie. - Nie da się powiedzieć konkretnie.

-Daj spokój. - przerwałem z wielką ulgą kolejny medyczny wywód. - Jak ktoś ma raka to podaje mu się jakieś widełki. Nie musi być aż tak dokładnie. Ile? Rok, kilka lat? Cokolwiek będzie dobre. Chcę wiedzieć po prostu ile mi zostało, aby jej powiedzieć. - mogłem być zimnym draniem, ale w środku coś nadal się tliło. W końcu zakochałem się szalenie w pięknej rudowłosej kelnerce. W całej tej sytuacji właściwie tylko jej sytuacja mnie niepokoiła.

-Patrząc jak szybko się choroba uaktywnia od trzech do sześciu miesięcy. Żadne leki nie spowalniają procesu. Przykro mi... - spuścił głowę w dół i utknął gdzieś pomiędzy snem a jawą. Mi też przykro, bo wiem jak bardzo chciałeś mi pomóc.

Spojrzałem przez okno. Było słonecznie, a wiatr podrywał do nieudolnego lotu garść liści od czasu do czasu. Dzieci bawiły się radośnie. Przeważnie lubię kontrasty, jednak dzisiaj los zafundował mi niezbyt miłą imprezę powitalną. Pewnie zastanawiacie się dlaczego wróciłem do Haven City. Właśnie nie tyle co z powodu rozwijającej się choroby. Otrzymałem zaproszenie - jeśli to można w ogóle nazwać zaproszeniem - na pogrzeb mojego ojca. Gdyby nie Arizona pewnie bym nie postawił nogi w tym przeklętym miejscu.

Tak w ogóle to nazywam się Gabriel Knight i jestem schizofrenikiem, który słyszy głosy upadłych aniołów, a to jest mój chwilowy powrót do Haven City. Pobyt zaczął się cudownie. Nie mogę się doczekać kolejnych niespodzianek, bo czułem w kościach, że to nie koniec. Chociaż to zawsze mógł być zimny wiatr tulący moje ciało, gdy szedłem na spotkanie ze swoim przyjacielem. Kto wie. Następny przystanek - cmentarz...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz