sobota, 5 kwietnia 2014

Opowieść

Zawsze się zastanawiałem pisząc opowiadanie bądź książkę jakim charakterem byłbym w tej przygodzie. Niby banalne i proste pytanie, ale odpowiedź może być bardziej skomplikowana. Motyw bohatera, który wraca po ciężkiej, życiowej batalii z tarczą raczej nie jest mi pisany. Tym bardziej, że z doświadczenia wiem, że korupcja negatywnych zdarzeń odbija się na człowieku i pozostaje na duszy do końca jego życia. Nie ma prostych i przesłodzonych szczęśliwych zakończeń. To nie bajka. To coś bardziej potwornego.

Śledząc uważnie poczynania mojego jeszcze jedynego głównego bohatera, który wyszedł na światło dzienne mogę stwierdzić, że mój owoc leży blisko tej jabłoni. Pogoń za zemstą jest jednym z najsilniejszych impulsów do działania. Nienawiść chociaż pali mosty za plecami tworzy nowe możliwości, które czekają na odkrycie.

Takim nie do końca czarnym charakterem byłbym w opowiadaniu, jeśli ktokolwiek by chciał w ogóle coś o mnie napisać. Na końcu nie byłoby pieśni zwycięstwa, bezchmurnego, błękitnego nieba i ogrzewających promieni słonecznych. Ciemny dym jak leniwy śnieg opadł by na zmęczoną ziemię i przykrył krwawiące zgliszcza, bo to co nas nie zabije, niszczy nas psychicznie.

Próżno też szukać w takiej historii bratnich dusz, które próbują pomóc w walce z głównym antagonistą. Samotna walka niczym próba przetrwania sztormu na środku oceanu. Tylko kogo zaangażować w rolę bezdusznego, stereotypowego arcyłotra? Tu też nie miałbym żadnego problemu - wskazałbym na swoje życie. Podłe, czarne, niewidome plugastwo, która nie śmie nic dać zamian za liczne problemy. Taki motyw bohatera walczącego o nowy, lepszy byt. Trochę oklepane, ale nikt tutaj nie spodziewa się bestsellera ze mną w roli głównej.

Książka utrzymana by była w szarej tonacji na tle czarnego, wręcz smolistego tła niczym obraz z filmu Sin City. Nie byłoby oczekiwanego w napięciu przebłysku światła. Emocje, jeśliby się w ogóle u czytelnika pojawiły nie drgnęłyby zbyt wysoko ociężałe monotonią prób i błędów zakończone ciągłymi porażkami. Pewnie od czasu do czasu osoba śledząca to liczyłaby na niespodziewany zwrot akcji, ale niespodzianką samą w sobie by było brak niespodzianki. Cóż za ironia.

Koniec stworzony by był w dźwiękach podniosłych słów, które niczego w życiu i tak nie zmienią. Przez chwilę czytelnik rozmyślałby nad ich sensem, by po chwili wyrzucić je w tragikomicznym tańcu w powietrzu do kosza. Potem zapewne śmierć przybyłaby w ciszy i samotności. Zabrałaby głównego bohatera w płaszczu porażek i tak by to się skończyło. Podsumowując, nie każdy zasługuje na swoją opowieść.

6 komentarzy:

  1. A może w końcu niespodzianką byłaby... niespodzianka? ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. a ja gdybym napisała powieść, byłabym się scharakteryzowała w takim alter ego bohatera jako władca czy superbohater xd

    OdpowiedzUsuń
  3. tak na dobra sprawę można pomyśleć, że po co ta matura... toż to ludzie robią większą karierę bez niej ..;p

    OdpowiedzUsuń