wtorek, 10 grudnia 2013

I nie było już nikogo: Bearthold

Czarna postać pokryta cieniem własnej przeszłości stała przez moment niczym posąg triumfalnie witający zbłąkanych wędrowców. Oni już wiedzieli, że nie znaleźli raju, lecz ciemną dolinę, gdzie zło ma swoje legowisko. Kto mógłby być następny, kto tym razem okaże się słabszy od swoich grzechów?

-Niepotrzebnie ukazywałeś się nam. Mamy przewagę liczebną i tym razem nas nie zaskoczysz! - krzyknął tyran i despota będący jedynie z jedną z tysięcy twarzy jednego człowieka, Beartholda. W młodości wiele złego uczynił sobie i bliskim, drwił z przyjętych zasad i niemal zniszczył wszystkie mosty za sobą. Powrócił jednak na ścieżkę lepszej jakości, ale postać kata przypomniała mu, że wszystko ma cenę.

Tajemniczy mściciel uśmiechnął się złowrogo pod nosem. Lekka karykatura czarnych charakterów malowała się w powietrzu niczym pejzaż z nadchodzącej bitwy. Otwartą dłonią skierowaną wewnętrzną stroną ku górze wskazał na bojowo nastawioną szóstkę naszych nieszczęśników. Jednym z nich był już przedstawiony wyżej ojciec i mąż. Zafascynowany informatyk starożytnym Rzymem, który koniec końców chciał otworzyć własny, rodzinny biznes, by w przyszłości zostawić spadek synom.

Wysłannik Odwróconego Księżyca, który wierzy w większą integrację swojej gildii w innym wymiarze spoglądał ostrożnie na poczynania przeciwnika. Ten machnął swobodnie dłonią i za pleców dzielnej szóstki wyskoczyli wojownicy cienia. Byli to skazani na wieczne potępienie upadli bohaterowie ze starych wojen. Kim zatem był mag, który mógł ich kontrolować? Jaką tajemnicę skrywał przed nimi?

-Zabiorę od ciebie twoje tysiąc twarzy i odsłonię tę jedną prawdziwą. - rzekł chłodnym tonem

-Możesz spróbować. - Bearthold nie był zwykłym wysłannikiem. Potrafił walczyć, nie bez powodu wypełniał tajny plan swego pana w odnajdywaniu championów do armii Legionu, by w czasie dnia końca mogli poprowadzić jego oddziały do zwycięstwa.

Gdy pozostała piątka była zajęta przyzwanymi marionetkami, rozmówcy skoczyli sobie do gardeł. W dłoniach śmiałka pokazały się iskry, które chwilę przed atakiem przerodziły się w błyskawice. Ku zaskoczeniu cios został łatwo sparowany i Bearthold musiał uciekać się do desperackiego bloku, aby nie otrzymać śmiertelny cios czarnym ostrzem lewitującym wokół napastnika. Jasna kula błyskawic powoli przeobrażała się w ostrza. Wojownik był znany ze swojej techniki kontrolowania potęgi burz.

Zaatakował raz jeszcze tnąc wszystko dookoła. Parował ataki magicznego miecza i próbował dosięgnąć przeciwnika, który co chwilę był zmuszany do uników. Nasz nieszczęśnik wiedział, że nie może pozwolić mu na odpoczynek. Nie mógł doprowadzić do sytuacji, gdy ten będzie mógł zadać ten jeden, decydujący cios. Człowiek o tysiącu twarzy był dobrze wytrenowany i szybkie tempo walki nie przeszkadzało mu.

Pomimo wojowniczego upodobania największą pasją było obserwowanie jak dorasta jego najmłodszy syn. W świecie ogarniętym przez różne waśnie właśnie patrzenie na potomka sprawiało mu najwięcej przyjemności. Gdy wymierzał kolejne ciosy oddalony od swojej rodziny myślał właśnie o nich. To dodawało mu siły i pchało do niemalże niewykonalnego, do pokonania głównego antagonisty tego opowiadania.

W końcu, gdy furia osiągnęła swoje maksimum czarna postać otrzymała poważny cios w brzuch. Natychmiast latający miecz przepadł, a napastnik upadł zakrwawiony. Spojrzał się niewyraźnie na wściekłego Beartholda, który był coraz bardziej pokryty wyładowaniami atmosferycznymi. Wyglądał przeraźliwie, stanowczo. Nie zastanawiając się, podbiegł szybko i zadał śmiertelny cios odcinając głowę. Kim był jednak napastnik, który miał czelność stawić czoła fantomowi o niezliczonej ilości twarzy?

Uniósł kaptur do góry i stanął jak posąg. Ujrzał tam swoją twarz. Była martwa, zamknięte oczy świadczyły o tym, że dusza opuściła ciało i tak rzeczywiście było. Chcąc się poruszyć spostrzegł, że nie może tego dokonać.

-Przyjrzyj się uważnie. Tylko na chwilę dałem ci szansę „ucieszyć” twoje oczy przed śmiercią. Porwałem twoją duszę i twoją własną techniką pociąłem na kawałki pustą kopułę z krwi i kości, która niegdyś należała do ciebie. - usłyszał głos nie mogąc zlokalizować kierunku, z którego nadchodzi

-Kolejna iluzja? - odrzekł z niepokojącym zaciekawieniem

-O nie, to ty jesteś mistrzem iluzji. Ja tylko pokazałem prawdę, a teraz zaśnij snem wiecznym na spalonym moście z przeszłości...

I gdy wypowiedział te słowa, świadomość Beartholda rozproszyła się na wsze czasy po znanym mi wszechświecie. W międzyczasie pozostała piątka uporała się z wojownikami cienia, lecz przed nimi stało największe wyzwanie. Niektórzy z nich nawet na to czekali. Zapowiada się przepysznie, a do finałowego tortu jeszcze trochę zostało. Bądźcie cierpliwi. Tik-tak, śmierć odlicza kolejne minuty, by nie było już nikogo.

2 komentarze:

  1. mhrok;p w sam raz rozgrzewające zabójstwo, ucinanie łba i iskry z palców na zimową aurę xd

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow, naprawdę niesamowita sprawa, przejęcie duszy i to że właściwie zabił sam siebie. Coraz bardziej podoba mi się ten, który za tym wszystkim stoi, jest niesamowicie przebiegły i ma wyobraźnie :)

    OdpowiedzUsuń