piątek, 15 listopada 2013

I nie było już nikogo: Darthmagik

Gdy słońce schowało się poza horyzont wszelkiej nadziei i mrok zagościł w sercach pozostałych nieszczęśników, ci wrócili do rezydencji. Upiorne spojrzenia gargulców wypatrywały kolejnej ofiary w rytm układającej się symfonii śmierci. Wielkie, potężnie zbudowane kolumny witały strudzonych podróżników. Nikt nie wrócił z odpowiedzią, wręcz przeciwnie. Ich grono za dnia zmalało.

Gotycki styl wnętrza podkreślał ciemność krążącą jak sęp nad rozkładającą się padliną. Pusty śmiech wlatującego przez szpary wiatru drwił z ich emocji. Nie każdy jednak je posiadał. Zamknięty w sobie, tajemniczy jak posiadłość, złowrogi niczym widmo zagłady stał na uboczu. Mag, którzy przysiągł sprowadzić apokalipsę na wszelką magię, by zostać największym czarnoksiężnikiem. Oj tak, jego imię wpisane zostało do ksiąg zakazanych. Anty-mag, Darthmagik. Tak brzmi chichot paradoksu.

Samotny, zdolny, inteligentny, pogrążony w mroku swego rozumu. Jego potęga to słowa, zaklęcia, których nie musi nawet wypowiadać. Nawet nasz seryjny morderca ma szacunek i bojaźń w oczach, gdy obmyśla sposób, by zgładzić kolejną duszyczkę. Tym bardziej, że dusza naszego maga jest zniszczona jak obraz z puzzli z brakującymi elementami dobrych chwil. Dwóch godnych rywali naprzeciwko siebie stanąć kiedyś musieli.

Walka na finał, która odbyła się zbyt wcześnie. Wracając jednak do tego wspomnianego wieczoru. Wszyscy usiedli przy okrągłym stole symbolizującym paradoksalnie równość wobec śmierci. Każdy sobie spoglądał w oczy. Wypatrywał, szukał, kto jest mordercą, kto jest żmiją sprzedającą zakazany owoc. Tylko nie ten jeden. On wiedział, czuł i był gotowy podjąć się niemożliwego. W imię czego, spytacie. W imię bezkresnej wiary w ciemność i zło tego świata. Nikt nikomu nie pomoże. Tylko ty i przeciwności losu. Tylko ty i diabeł schowany pod skórą truciciela dusz.

Gdy podstępny wiatr zagościł raz jeszcze i zgasił ostatnie promyki nadziei tańczące przy świecach zapadła ciemność. Iskry potężnego czaru oczarowały wszystkich. Piękna melodia, piękne barwy, synchronizacja ruchów. Przepiękne. Niebezpieczne. Chwilę potem słyszeli tylko dźwięki walki. Rozglądali się, obserwowali uważniej niż kiedykolwiek. Zginął kolejny z kurczącej się układanki. Mag walczył w innym wymiarze. Nie sposób było dostrzec jak sobie radzi. Nawet ja, narrator nie widziałem przebiegu walki stulecia. A może to i dobrze, bo po co zdradzać kolejne sekrety przed faktycznym finałem. A ten już blisko.

Gdy śmierć dotknie ostatniego, próba zagadki wyłoni tego jedynego. By podkreślić dramaturgię, natura przebrzydła jak gospodarz tego chorego przedstawienia zbierała czarne chmury ociężałe od słonego deszczu. Rosnące brzozy uginały się na samą myśl płaczącego nieba. Gdy dźwięki wojennych bębnów ucichły, cisza zagościła w jadalni. Udekorowane meble złotem i platyną oglądały pokaz mimów. To nie miało trwać siedem dni i nocy. Gdy wieczór w pełni zagościł na obrazach nędzy, oni wiedzieli. To skończy się tu i teraz.

I mieli rację. Gdy wstanie słońce to ujrzy zakończenie. To od nich zależy co zobaczy. Ich śmierć czy przetrwanie. I nie raz i nie dwa zaskoczę was finałem i zwrotem akcji, bo od teraz mściciel gra w otwarte karty.

Po chwili niepewności białe z otoczką błękitu ikry znów otworzyły portal. Zakapturzony mężczyzna trzymający w dłoni zakrzywiony i zakrwawiony miecz postawił swe nogi na podłodze. Deski zaskrzypiały. Serca zabiły. Tuż przed nimi, przed grupą wojowników walczących o swoje życie. Jego czerwone jak piekielny ogień ślepia zdradzały go. Diabeł! Szatan! Upadły anioł!! A może po prostu szaleniec testujący swe umiejętności, bo ciemność może być tylko jedna. Tylko on...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz