wtorek, 30 lipca 2013

I nie było już nikogo: Avaqe

Ranek był bardzo nerwowy dla każdego z nich. W tej całej sytuacji nikt nie zauważył, że brakowało jeszcze jednej osoby. Avaqe, marzyciel, który specjalizuje się w przywoływaniu, nigdy nie pojawił się w głównym holu. Myślicie pewnie, że ten trochę leniwy mag, który ukochał swego pierwszego chowańca Tao mógłby być mordercą? Cóż, nie tym razem. Zgadujcie dalej, chociaż... nasz obecny bohater odgadł tajemnicę skrywaną przez jednego z domowników.

Był to człowiek o niezwyklej sile uporu. Kiedyś nic nie wyróżniający się osobnik, dziś mężnie pręży mięśnie. Nie przypominał stereotypowego władcę magii. Wytrzymały w boju, z dumą kroczący po świecie marzyciel chcący odwiedzić w swoim wymiarze takie odległe w czasie cywilizacje jak Majowie czy Aztekowie.

-A więc to ty jesteś łowcą. - rzekł z rozwagą Avaqe zachodząc swego rywala od tyłu. Obaj znajdowali się w lesie, tuż za posiadłością. Mag był nad wyraz miły dla wszystkich, ale gdy przychodziło walczyć o swoje, szczególnie o życie zmieniał się w bestię. Odłożyć można podróże po Egipcie czy Brazylii. Był wysportowany i gotowy do ataku. W dłoni dzierżył lodowy łuk napięty jak atmosfera otaczająca wojowników.

-Muszę się lepiej pilnować.

-Nie będzie kolejnej szansy!

-Zobaczymy...

Tajemnicza sylwetka podskoczyła do góry i jak cień przesunęła się bliżej naszego niezłomnego bohatera. Rzuciła się na niego z krwiożerczym spojrzeniem. Avaqe odskoczył i wystrzelił kilkanaście lodowych strzał. Niestety nawet tak doskonały łucznik nie zdołał trafić ani jedną w cel. Chociaż wspomnieć warto, że w młodości miał problemy ze swoim kompanem. Kilkakrotnie zdarzyło się, że nie słuchał się swego pana.

Nie zastanawiając się długo, odwołał Tao z placu boju i przywołał zacznie potężniejszego golema. Miał za zadanie odwrócić uwagę napastnika, gdy Avaqe miał zadać śmiertelny cios. Gęstość lasu zagłuszała wszelkie dźwięki, zatem żaden z pozostałych „wybrańców” nie mógł mu pomóc. W sumie nie chciał pomocy. Zwariowany wśród znajomych zawsze sam rozwiązywał takie sytuacje. Dlatego zjawił się za plecami wroga numer jeden, by wymierzyć karę osobiście.

Golem trącił mrocznego pasażera w dal i tylko dzięki zwinności mroczna postać uniknęła nadlatujących strzał. Mag i łucznik w jednej postaci nie poprzestawał. Wezwał na pomoc miniony, małe, szybkie krasnale walczące w zwarciu. Potrafiły się błyskawicznie przemieszczać zamieniając się w podmuch wiatru. Nieuchwytne i strasznie denerwujące. Razem z wielkoludem odstraszyły wroga od ataku na maga, który ciągle próbował atakować kolejnymi falami strzał.

Zadziwiające było to, że ten na pozór nieśmiały i bardzo miły człowiek z wielkim zamiłowaniem do programowania będzie tak skuteczny w walce przeciwko komuś kto rzucił wyzwanie całej grupie. Niestety nawet on musiał poczuć ból. Cień zaskoczył go i pojawił się praktycznie znikąd zza jego plecami. Płonącą ręką zranił naszego bohatera i odrzucił w stronę trzymetrowego golema.

Ranny i lekko poparzony Avaqe tylko się uśmiechnął. Taki był plan. Napastnik wpadł w pieczęć, która unieruchamia każdego kto na nią nadepnie. Wróg stał jak posąg i czekał na egzekucje. Wymiar sprawiedliwości miał dosięgnąć go tuż przed ukończeniem swego diabelskiego planu, by zabić wytrwałych członków Celestial Lust rozsianych po różnych wymiarach. Teraz on sam miał umrzeć, ale... to nie koniec opowieści.

Mag odwołał wszystkie swoje chowańce i podszedł zaciekawiony. Zrzucił maskę i ujrzał twarz, do której nie miał wątpliwości. Była to osoba, którą od początku podejrzewał. Miał nawet zamiar zawołać wszystkich i sympatycznym głosem i z melodią empatii oznajmić, że złapał niewygodnego gospodarza.

-A więc to ty. - oznajmił z przekorą

-A więc to ja! - Avaqe poczuł ból w dolnej partii brzucha. Ujrzał zakrwawione ostrze wystające z jego ciała. Zrozumiał wtedy, że został przebity mieczem. Pytał siebie jak to możliwe, że został pokonany. Jak karma nie mogła zadziałać, gdy on pomagał ludziom nawet samemu przy tym tracąc. Cóż, życie nie jest sprawiedliwe.

Istota złapana w pułapce zniknęła jak ulepiona z piasku rzeźba na wietrze. Tuż przed śmiercią zrozumiał, że to był tylko klon, a cała walka była tylko zabawą. Prawdziwy sprawca zamieszania stał z tyłu i rozkoszował się chwilą. Ten ktoś kto rzucił wyzwanie jest mistrzem klonów i jeden z jego duplikatów stoi w głównej hali i udaje przestraszonego oraz zdezorientowanego jak cała reszta czekająca na swoją kolej, by nie było już nikogo.

5 komentarzy:

  1. Lodowe strzały! Muszą być niesamowite.
    Proszę, klonowanie, kojarzy mi się projekcja astralna choć to nie to samo. Ale pomysł na odwrócenie uwagi idealny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aby móc rzucać wyzwanie śmiałkom, trzeba mieć kilka asów w rękawie ;)

      Usuń
  2. Pisać to Ty umiesz... Powodzenia w wydaniu książki. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie na swoim koncie mam już dwie wydane książki, ale szczęście zawsze się przyda ;)

      Usuń
  3. Komentarz. Podejście drugie. Lubię duplikaty, więc zdobywasz plusika za to. I tak jak Sylwia pomyślałam o projekcji. Choć tak jak wspomniała jest to inne acz podobne zjawisko. Dobrze, że Ci ludzie nie giną naprawdę, bo Twoje sposoby na śmierć są.. Spektakularne. (jak dobrze, że jest kara więzienia!) tak czy inaczej tam u Was to pewnie robisz furorę tym opowiadaniem, Co? Ale staraj się dalej. Nadal moją ulubioną częścią jest poprzednia :D

    OdpowiedzUsuń