środa, 11 lipca 2012

Gdybym miał...

Gdybym miał skrzydła pochwyciłbym miliardy świetlistych wiadomości zostawionych na nocnym niebie. Drwiłbym z ogólnie przyjętych praw fizyki i kształtował pod lekkim piórem własną rzeczywistość. Studiowałbym każdy strumień gwiezdnego alfabetu. Podróżowałbym na ramieniu swego giganta uprzednio ujarzmionego w walce na stumilowym pobojowisku. Dzieliłbym swą szkarłatną duszę na niezliczone cząstki u wrót czarnej otchłani, by niczym zabawiający małe dzieci klaun złożyć się na nowo w tunelu czasoprzestrzennym.

Gdybym miał realne marzenia obudziłbym starców żyjących na prawiecznym szczycie i napoił ich nektarem szczęścia. Przeskoczyłbym siedem rzek, by samemu napić się ze źródła wiecznej młodości. Rozwinąłbym wyobraźnię do rzeczywistych rozmiarów i wędrował razem z nią przez najdziwniejsze krainy usiane w kosmosie. Usiadłbym na północnym biegunie najbardziej rozgrzanej z żalu gwiazdy i ze szczerym uśmiechem machałbym na wszystkie strony świata, by następnie obwieścić żyjącym pierwiastkom o swoim istnieniu.

Gdybym miał w swym sercu miłosny emblemat usiany z własnej róży przesunąłbym góry, aby co wieczór spoglądać na magiczny spektakl zachodzącego słońca. Zamykałbym oczy i marzyłbym o bliźniaczej scenie w alternatywnym świecie i powielał ten sam obraz po stokroć w każdym możliwym zakończeniu. Ubarwiłbym lawendową paletę o nieznane dotąd kolory, które skradłbym skrzatom w czasie gry w karty.

Gdybym miał w swej dłoni szczęśliwe zakończenie mrocznego dnia usiadłbym na skraju urwiska i krzyknął w stronę neutralnych istot na ołtarzu życia magiczne zaklęcia. Niczym dobry Bóg zasiałbym w swoich poddanych iskrę nadziei, by w czasie najgorszego sztormu nadal mogli usłyszeć delikatny szept zwycięstwa. Nauczyłbym ich czytać pomiędzy bliznami i zmarszczkami historię o nierównej walce Goliata z Dawidem. Rozbudziłbym w ich sercach wiarę nasiąkniętą wiedzą.

Nagrałbym historię od pierwszego Słowa i skryłbym ją pomiędzy skałą i drewnem, by ci co szukają znaleźli prawdę, a nawet pod naciskiem odwagi spojrzał prosto w oczy Stwórcy bez udawanego uśmiechu na swej twarzy. I rzucił się bez namysłu w Jego ramiona jak niemowlę odnajdujące pierwszy kontakt ze swoją matką. I to wszystko byłoby możliwe gdybym miał szanse na pozbycie się samotności, która odbiera blask żywotności, pozostawiając enigmatyczną i szaroburą egzystencję w czeluściach czterech ścian.

2 komentarze: